środa, 26 listopada 2008

Sposób na szkodnika - kolejny ekohorror

Sposób na szkodnika Joe Dante to kolejny dobry film z cyklu Mistrzów Horroru (tu zwiastun). Opowiada o wirusie, który powoduje, że mężczyźni zaczynają mordować kobiety!

Do walki z wirusem stają dwaj naukowcy. Jeden z nich ma żonę i córkę. Wie jaka jest stawka! Tymczasem wirus rozprzestrzenia się po całym świecie. Jedna z bohaterek - przed śmiercią - mówi, że ktoś zdenerwował się szkodnikami jakimi są ludzie i postanowił użyć dezynsekcji. Pozbawiając mężczyzn kobiet doprowadzić ich do zagłady. Jak się skończy film oczywiście Wam nie napiszę. Nie ma pójścia na łatwiznę 8-). Zresztą miłośnicy horrorów niewątpliwie oglądają wszystkie części Mistrzów Horroru. Tu dobra zabawę gwarantuje Joe Dante - w latach 80. reżyser kultowych filmów "Skowyt" i "Gremliny rozrabiają", niedawno też pisałem o innym jego filmie z tego cyklu "Powrót do domu".

The Screwfly solution USA 2006
55 min.
reżyseria: Joe Dante
scenariusz: Sam Hamm, James Tiptree Jr
obsada: Jason Priestley, Elliot Gould, Kerry Norton, Linda Darlow, Brenna O'Brien, Steve Lawrol

poniedziałek, 24 listopada 2008

Kwarantanna nie dorównuje [rec]

Polscy dystrybutorzy skuszeni sukcesem hiszpańskiego [rec] postanowili sprzedać amerykańską przeróbkę pod tytułem "Kwarantanna". Film jest niezły, ale po obejrzeniu hiszpańskiego oryginału nie robi już żadnego wrażenia!

[rec] wszedł do kin pod koniec sierpnia (recenzję czytaj tutaj). Po niespełna trzech miesiącach mamy premierę "Kwarantanny". Amerykański film jest niemal wierną kopią oryginału, choć oczywiście różni się w szczegółach. Akcja została umiejscowiona nie w Barcelonie a w Los Angeles. Oczywiście amerykańscy twórcy nie omieszkali kazać jednemu z bohaterów próbować się wydostać z budynku, co oczywiście skończyło się jego zastrzeleniem. W budynku jest winda, bo jak wiadomo w USA ludzie są zbyt leniwi by biegać z parteru na strych i z powrotem. Szybko też dowiadujemy się, że lokatorzy zarażają się wścieklizną, której nie da się wyleczyć.

niedziela, 23 listopada 2008

Sekcja "Z" w komplecie

„Sekcja zwłok wykonywana na żywo w Petersburgu – cóż za idiota mógł tak nazwać film na YouTube. Pewnie Ruski, debil... ale trzeba przyznać jedno: ogląda się to doskonale. Spędziłem nad tym filmem wiele godzin”. Jeszcze tylko opcja wyślij, chwila czekania bo internet w pracy chodzi kiepsko i poszło. Wiadomość poszybowała światłowodem do niecierpliwie czekającej na nią odbiorczyni. Nie byle jakiej. Tej wyczekanej. Zdobyczy.

Uśmiechnął się lekko. Charakterystycznie unosząc tylko prawy kącik ust, nie odrywając wzroku od otwartego pliku, nad którym pozornie pracował.

Czekał tak długo na rozpatrzenie swojej prośby. Nie było łatwo przekonać szefa do tego projektu. Laborant sekcyjny. Niby po co taka umiejętność młodemu pracownikowi naukowemu jednostki medycznej, ale pozostającemu wszak w zakładzie badawczym zajmującym się teorią, a nie praktyką. Negocjował długo, argumentował, podlizywał się, był nadgorliwy w pracy. Aż w końcu udało się. Mógł wystosować oficjalną prośbę do jedynej w Europie firmy „Mortus” prywatnej posiadającej takie uprawnienia, aby zechcieli rozpatrzeć jego kandydaturę do odbycia kursu-szkolenia w zakresie przeprowadzania sekcji zwłok i uzyskania niezbędnych dokumentów potwierdzających przydatność w tym ciężkim fachu.

„Dla kogo ciężki, dlatego ciężki” - westchnął. Jeszcze raz odtworzył „ruski film”, który przed chwilą wysłał swojej dziewczynie. Kafelki, stare odrapane mury szpitalnych pomieszczeń, jarzeniówki rozświetlają mocnym strumieniem ogromne pomieszczenie. Na stołach leża nagie zwłoki. Żadnych profesjonalnych rynien, kanałów spływowych. Wokół przygotowanych do „zabiegów” martwych ciał kręci się kilka osób w lekarskich kitlach i gumowych fartuchach. Operator amatorskiej kamery żartuje, mężczyźni odpowiadają – wszyscy wybuchają śmiechem. Ale dla niego te żarty są kompletnie niezrozumiałe. Nie zna rosyjskiego. Niecierpliwie czeka na finał. Jeden z laborantów szybko podchodzi do wybranych zwłok, sprawnym cięciem otwiera klatkę piersiową, krtań, rozpina żebra, wyciąga wnętrze, potem brzuch i jelita, a następnie bierze się za czaszkę. Ściąga skórę wyginając ją w kierunku brody, twarz zamienia się w dziwną makabryczną maskę, wreszcie zaczyna piłować kość, widać mózg. Przeprowadzający sekcję wyciąga go na dłoni w kierunku kamery. Koniec.

Mógłby tak na okrągło. Zawsze cenił szybkość i sprawność ruchów fizycznych, można powiedzieć, że odnosiło się to także i do psychologii. Szybkie sądy, decyzje, emocje. „Ciekawe, czy będę tak potrafił?” - z obawą zastanawia się czy dorówna „ruskim”. Choć wie jedno: u nas tego tak się chyba nie robi. Ale nie jest studentem medycyny i w sumie brakuje mu nieco wiedzy na temat tego fachu.

Dlatego na spotkanie w ekskluzywnej i cenionej w szeroko pojętej branży funeralnej i medycznej firmie przygotował się dobrze. Musiał przejść testy psychologiczne, przedstawił mnóstwo zaświadczeń z pracy, opinie przełożonych, uzasadnił swoje zainteresowanie tematem. Ustalono termin odbycia kursów. Szkolenie teoretyczne przebiegało w sterylnych i bardzo nowoczesnych salach siedziby „Mortus”. Zdał „egzamin” i teraz czekał na część praktyczną. Przydzielono go do kostnicy w miejscowych klinikach. Znajdujący się nieopodal Zakład Medycyny Sądowej dostarczał każdego dnia „nowych wyzwań” pracownikom placówki.

Kiedy wysiadał z tramwaju o 7.30 rano przed kompleksem XIX wiecznych budynków utrzymanych w stylu charakterystycznej architektury neogotyckiej, tak modnej w czasach ich świetności, nie było w nim tremy ani podniecenia. Ciągle jeszcze miał w pamięci widok jasnych włosów Anny rozrzuconych w nieładzie na małej poduszce. Jej zamknięte oczy i udawaną obojętność, kiedy ściągnął z jej ciała narzutę, aby poobserwować nagość, lekką martwotę wpółuśpionej dziewczyny. Postanowił wysłać jej wiadomość na dobry początek dnia: „kocham... twój tyłek, bejb”. Schował telefon do kieszeni i stanął na przeciw wysokiej, wykonanej z kutego żelaza bramy. Pchnął ja zdecydowanym ruchem. Zawiasy zaskrzypiały. Na klinicznym dziedzińcu panował rozgardiasz. Grupa młodych medyków paliła papierosy na schodach głównego budynku. Spóźnialscy z pośpiechem zamykali samochody i szarpali ze sobą ciężkie teczki. Po lewej stronie, tuż przy niższej części kompleksu, dwóch mężczyzn w średnim wieku, ubranych w specjalne stroje pakowało na wózek jakąś sporych rozmiarów paczkę zawiniętą w czarną folię. Bez wątpienia było to ciało.

- Czy to pana pierwszy raz? - komitet powitalny składał się z dwóch mężczyzn około pięćdziesiątki. Pytający był średniego wzrostu, masywny, wąsaty o wystającym sporym brzuchu i szyi obleczonej w dość gruby złoty łańcuch. Stojący tuż za jego plecami współtowarzysz dla odmiany sprawiał wrażenie zabiedzonego intelektualisty, a obwisłe worki pod oczami i policzki nadawały jego twarzy wyraz odwiecznego smutku.
Kiwnął głową i podsunął grubszemu skierowanie potwierdzające przyjęcie na kurs laboranta sekcyjnego.
- To jest pan Krystian – grubszy wskazał na partnera – jest moją bezpośrednią prawą ręką. Ja nazywam się Marek. Pan Marek – poprawił się i chrząknął znacząco. - My, tutaj w tym miejscu odnosimy się do siebie z szacunkiem...podobnie jak do obiektów naszej odpowiedzialnej pracy. Pan młodszy zrozumiał?
Przez chwilę miał wrażenie jakby uczestniczył w jakiejś fabularnej zabawie, gdzie został wplątany w intrygę mającą na celu ośmieszenie osoby nie znającej reguł. „Jaki pan młodszy, kurwa?”. Dopiero po chwili zrozumiał, że tak będą go nazywać i etykieta stanowi ważną część tego rzemiosła.
- Wszystko w porządku. Zrozumiałem...
- Hm, no ma się rozumieć. Jakby pan tego nie zrozumiał to nawet bym pana nie wpuścił do środka – wskazał na grube drzwi prowadzące do chłodni i sal sekcyjnych. Prosimy w nasze progi – pan Marek popchnął go lekko w kierunku pracowni.
Milczący Krystian porozkładał na stalowym stoliku wszystkie instrumenty. Sprawdził stan stołu, odpływy, przejechał dłonią po blacie jakby miał tam znaleźć jakieś przypadkowe okruszki. Przez chwilę stali tak nic nie mówiąc, a on gapił się w napięciu na odrapane stare ściany, chłonął chłód pomieszczenia i z napięciem zastanawiał się na tym czy sobie poradzi, czy ta dwójka wprawnych sekcyjnych zgredów nie parsknie śmiechem, kiedy zobaczy jak posługuje się skalpelami. Napięcie przerwało wejście brzuchatego szefa, który przed sobą pchał wózek z nagim ciałem.
Będzie pan towarzyszył panu Krystianowi w przygotowaniu tej sekcji. Za godzinę przyjdzie biegły lekarz, więc wszystko ma być gotowe... ma się rozumieć. Potem zobaczymy. Dzwonili, że będzie robota – powiedział to bardziej do siebie niż do niego i wyszedł do drugiej sali.
Jelito było śliskie jak naoliwiony miękki wąż i wypadało z dłoni. Zanim uporał się z wnętrznościami narobił sporo zamieszania i ściągnął na siebie pełen wyrzutów wzrok partnera.
- Wiesz, pierwszy raz to zawsze jest beznadziejny... w tych sprawach też – rzucił dla rozluźnienia atmosfery.
- Proszę o profesjonalne podejście do pracy. I przypominam o przestrzeganiu naszych zasad panie Młodszy – mężczyzna zabrał na bok wnętrzności i bez dalszego tłumaczenia wskazał na głowę denata: - Poproszę o gotowość otwarcia czaszki.
Chciało mu się rzygać i miał zawroty głowy. Mieszanka smrodów tajemniczych skarbów ludzkiego ciała wpasowana w specyficzny chłód wnętrz kostnicy i lekką zawiesinę starego grzyba, który przeżarł na wskroś ściany starych klinik zdawała się przenikać w jego wnętrze wszystkimi porami skóry. Zastanawiał się, czy po powrocie do domu przyniesie ze sobą ten zapach. Ale musi dać radę. To kwestia rutyny i obycia się z materiałem. Chciał tego. Zaczął wyobrażać sobie wideoklipy swoich ulubionych zespołów, sesje zdjęciowe jakie można byłoby w tym miejscu zrealizować, libację z kolegami albo seks z Anną. Ciśnienie opadło. „Jesteś w domu. Dokładnie tam, gdzie chciałeś być” - uspokoił się.
Godziny upływały rutynowo. Ciszę przerywały dyspozycje wydawane przez pana Marka. Krystian zazwyczaj milczał i przesuwał instrumenty, albo sprawdzał ciała. Potem przyszedł lekarz. Zrobił oględziny i notatki. On miał za zadanie stać i przyglądać się. Na koniec lekarz spojrzał w jego stronę, pierwszy raz zwracając uwagę na obecność młodego laboranta.
- I pan sam tak do tej roboty?
- Tak – odpowiedział pewnym głosem.
- To będę miał dla pana niespodziankę – lekarz uśmiechnął się, ale był to raczej grymas smutku niż zadowolenia czy złośliwości.
Było już około 16, kiedy do pomieszczeń kostnicy przywieźli bezdomnego i bezimiennego denata. „Prezent od lekarza” – tak nazwał nieboszczyka w myślach. Należało przygotować ciało do jutrzejszej sekcji. Nie wiadomo kim był martwy mężczyzna i w jaki sposób umarł. Teraz leżał przed nim w obdartych resztkach łachmanów, zarośnięty, brudny i potwornie śmierdzący.
Pan Marek osobiście rozebrał bezdomnego.
- O, widzę, że mamy tu specjalny przypadek – przywołał ich skinieniem dłoni obleczonej w chirurgiczne rękawiczki.
Nachylili się nad stołem. Po owrzodziałym zniszczonym ciele trupa, po skórze, w jego włosach łonowych, klatce piersiowej i długich kołtunach biegały wszy i jakieś inne insekty, których nie potrafił w tej chwili nazwać.
Król wszy.
- Prawdziwy Wszawy Król – powiedział głośno – i zaraz ugryzł się w język.
- Panie Młodszy. A więc król trafi w pana ręce – pan Marek pierwszy raz zaśmiał się - niech to będzie rodzaj chrztu bojowego. Umyje pan denata – tu pan Marek wskazał na szlauch i butelki płynu do mycia naczyń typu „Ludwik”. - Potem proszę wszystko posprzątać i stawić się jutro punkt 7.30. I należy się odrejestrować u portiera jak już będzie pan wychodził – i proszę pamiętać, dopiero po zakończeniu pracy, bo jeśli wyjdzie pan na chwilę to drzwi się zablokują i koniec. Taka jest u nas procedura po 16 – pan Marek wyraźnie zadowolony zakończył swój wywód.
Po kwadransie został sam. Na dworze było już chyba ciemno. W pomieszczeniach panowała cisza. Spojrzał na ciała - „Jestem sam, ale nie sam” - zaśmiał się – usiadł na kamiennym blacie i wyciągnął z kieszeni małego jointa. Teraz czas na luz. Wreszcie poogląda sobie wszystko na spokojnie i porobi komórką parę zdjęć. Szkoda, że nie ma tu zasięgu ponieważ mógłby zadzwonić do Anny. Ale pokaże jej i opowie wszystko już w domu. Do godziny 20 wyrobi się jak nic.
Włączył radio, zaciągnął się skrętem i przyjrzał się zwłokom młodej kobiety, nad którą pracował z panem Krystianem. Pozszywana i sina wyglądała jak eksponat groteskowego ZOO. Podszedł bliżej i dotknął jej zimnego ciała. Skóra była szorstka, miała zupełnie inną gęstość niż u żywych, wyraźne sine zacieki utworzyły się wokół paznokci i pod oczami. Nagle przyszedł my do głowy pomysł. Szybkim ruchem sięgnął do laboratoryjnej szafki i wyciągnął dwie grube igły. Przebił kobiecie sutki, tak że całość sprawiała wrażenie dziwacznego piercingu i zrobił kilka zdjęć. Parę z perspektywy końca stołu, tak aby czubki stóp znalazły się na pierwszym planie, potem zbliżenie piersi i od połowy pasa razem z twarzą, albo raczej tym co z niej pozostało. Przejrzał efekty swojej pracy na podglądzie telefonu i zwrócił się do leżącego obok bezdomnego:
- Teraz czas na ciebie Wszawy Królu.
Trup leżał bezbronny i nagi. Ręce pozostawiono ułożone wzdłuż korpusu. Z obrzydzeniem sięgnął po nową parę rękawic, sprawdził czy gumowy fartuch jest dobrze związany i szturchnął ciało. Nic. Tylko wszy ciągle grasowały po jego skórze jakby nie mogły pogodzić się z tym, że krew ich gospodarza przestała pulsować życiodajnym ciepłem.
Kiedy kierował mocny strumień wody na brudne ciało zaczął od głowy, przez chwilę odniósł wrażenie jakby usta denata wygięły się w dziwnym grymasie odsłaniając rząd zepsutych, ale za to bardzo dużych zębów.
- Nie lubimy kąpieli – warknął do trupa – może to pierwsze mycie w twoim życiu, a raczej życiu po życiu – zaśmiał się na cały głos, przekrzykując szum wody. I wtedy usłyszał jeszcze jeden śmiech.

Gwałtownym ruchem wyłączył dopływ wody w szlauchu. Cisza. Żadnego śmiechu, żadnej obecności, żadnego ruchu. Trup Wszawego Króla leżał na stole sekcyjnym dokładnie w tej samej pozycji. Wargi już nie odsłaniały zębów. Obok, tuż przy ścianie pozostawały ciągle nie zakryte zwłoki kobiety, której zrobił „piercing”.
Wciągnął do płuc powietrze. I jeszcze wolniej odetchnął z ulgą. Zauważył, że drżą mu jego własne ręce. Odłożył sprzęt i usiadł na szpitalnej ławce. „Palenie bez jedzenia to zabójstwo dla mózgu” - siłą woli starał się uspokoić rozedrgane ciało.
Cisza. Radio wyrzucało z siebie jakieś lekkie rockowe numery. Z trudem rozpoznał wykonawcę, którego zresztą nie znosił. Wstał. „Trzeba kończyć to i spadać do chaty... Do Anny”. Ruszył w kierunku mytego denata.
I wówczas jak w dziecinnej zabawce uzbrojonej w sprężynę, na której trzyma się wyskakująca znienacka głowa klauna, ciało martwej kobiety wyprężyło się i pozszywane zwłoki usiadły z impetem na stole.
- Czyż on nie zasługuje na lepsze traktowanie? – trup śmiał się gardłowo i bardzo głośno. Śmiał się z niego i do niego wskazując na Wszawego Króla.
Przez chwilę poczuł uderzenie marihuany silniej niż zawsze. Wszystko wirowało przed oczami, martwa kobieta, która nie mogła być prawdą, ściany kostnicy, sekwencje piosenki z rockowej stacji radiowej... cofnął się do tyłu i zahaczając o podręczny stolik z akcesoriami runął do tyłu.
Leżąc na podłodze widział dokładnie mimo wstrząsu, szoku i lekkiej fazy narkotycznej jak brudne stopy Wszawego Króla zaczynają się poruszać, a później cały korpus unosi się do góry i oto obrzydliwa całość stanęła na przeciw niego.
- Przyszedłem podarować ci świat, którego pragniesz... – upiór wyszczerzył zgniłe i wielkie zęby w złowieszczym grymasie.
Wszy i wszystko co tam jeszcze żyło na jego ciele biegały pobudzone, wyraźnie poruszając się po skórze, wypadając z włosów z jakimś szaleńczym impetem.
Chciał uciec, albo choć zamknąć oczy. Krzyczeć albo rzucić się do walki. Zrobić cokolwiek. Ale strach kazał mu zamknąć się w paraliżu i bezruchu. „To nie może się dziać naprawdę!”.
- Padlina, ścierwo, rozkład, upodlenie, skrajność nie-życia... - krzyczał Król – panowanie nad wstrętem, mętną zawartością człowieka... to wspaniałe doznania... tak bardzo tego się obawiamy, a przecież rozkład karmi się nami od samego początku, powoli skrada się aby wybuchnąć kaskadą piękna w takich oto chwilach – trup rozłożył ramiona i odchylił do tyłu głowę:
- Ona ma rację. Czyż nie zasługujemy na lepsze traktowanie? Czyż mojej rodzinie nie należy się miłość – zatoczył krąg jakby chciał objąć i wznieść do góry całą przestrzeń kostnicy. W końcu wybuchnął śmiechem, wtórowały mu demoniczne zwłoki kobiety, śmiech zaczął wypełzać z dalszych zakamarków kostnicy, z chłodni, pojemników na wnętrzności, słojów do przechowywania organów, śmiały się nawet pozostawione w odpływie jelita zwinięte w rozedrgany zwój obślizłych warkoczy.
Śmierć ma poczucie humoru, choć dla nas jest do jednostronna radość. Nie chciał uczestniczyć w tym ohydnym misterium jakkolwiek miałoby się ono zakończyć, nie pragnął poznawać finału. Powoli, nie wstając z podłogi zaczął przesuwać się w kierunku korytarza pozostawiając trupią zgraję we własnym gronie.
- Stój! - nagie i sine ciało kobiety wyrosło przed nim błyskawicznie, jakby ożywione zwłoki nie podlegały takim samym prawom fizyki co ludzie. - Oh, stój... okaż mi trochę ciepła – upiorzyca obdarowała go uśmiechem – ciepła... - powtórzyła - nachylając się nad nim przysłoniła mu resztkę światła z zawieszonej pod sufitem lampy jarzeniowej.
Obudził się z omdlenia na zimnej posadzce kostnicy. W głowie czuł chaos, a każda próba powrotu do pozycji pionowej wywoływała falę torsji. Nie mógł sobie przypomnieć dlaczego upadł, ani co było powodem przerażenia, które jeszcze odczuwał. „Kurwa, upalić się to był fatalny pomysł”.
W pomieszczeniu wszystko pozostało bez zmian. Umyte zwłoki bezdomnego leżały przygotowane do dalszej procedury na czystym i uporządkowanym stole. Ciało kobiety również wyglądało naturalnie. W piersiach nie było śladów po igłach, a żaden szczegół nie wzbudzał podejrzeń.
Otrząsnął się i wzruszył ramionami. „Aleś się chłopie załatwił. Jak to opowiem kumplom...”.
Szybko przebrał się, zwinął rzeczy do plecaka i opuścił kostnicę. Wypisując zeszyt na portierni zmierzył się z niezadowolonym wzrokiem portiera, który najwyraźniej nie cenił i nie lubił młodszego personelu. Nie przejmował się tym. Posłał mu ironiczny uśmiech i pobiegł na tramwaj.
W całym bloku panowała jeszcze zupełna cisza, jaka zdarza się tylko nad ranem, kiedy nawet najbardziej zapalczywi wielbiciele nocy kapitulują przed zmęczeniem.
Nie wsiadł do windy. Przebiegł trzy kondygnacje szybko, nie obracając się za siebie.

Pokój zalewała szarość wczesnego dnia. Anna spała, charakterystycznie rozrzucone na poduszce włosy rozlewały się kaskadą jasnych spirali. Odetchnął. Wszystko wróciło do normy. Wszedł do łazienki i odkręcił prysznic do oporu. Spadające szybko litry gorącej wody zmywały z jego ciała i umysłu nieprzyjemne wspomnienia. W zasadzie nie pamiętał niczego. Pozostało tylko przeczucie, sugestia doświadczenia czegoś straszliwego i nieprzyjemnego. „Stres i jaranie” - podsumował krótko.
Wrócił do sypialni. Z ulgą podszedł do śpiącej dziewczyny i wyciągnął przed siebie rękę chcąc pogłaskać ciepłą, młodą i przyjaźnie znajomą skórę, żywą...
Odgarnął narzutę i włosy Anny i odskoczył z obrzydzeniem. Spod jej włosów i ciała wypełzały insekty, a wszechobecne wszy przemieszczały się w jakimś diabelskim pląsie po skórze, pościeli, wszędzie. Anna odwróciła do niego przegniłą i zdeformowaną twarz trupa: - Jesteś... przyniosłeś mi ciepło – zaśmiała się.
Znał ten śmiech. I wiedział co stało się w kostnicy.

Inne opowiadania Patrycji możecie przeczytać tutaj (Zmora) i tutaj (Mroczny świt)

sobota, 22 listopada 2008

Dar widzenia - kolejna świetna książka Koontza

Odd Thomas znowu powraca. Tym razem w książce "Dar widzenia" Deana Koontza rusza na pomoc swojemu przyjacielowi.

Odd widzi zmarłych. Dzięki swojemu "szóstemu zmysłowi" często pomaga lokalnej policji. Tym razem dzięki swojemu darowi dowiaduje się o śmierci ojca swojego przyjaciela - Danny'ego. Chłopak jednak zostaje uprowadzony a Odd rusza mu na pomoc. Spotka naprawdę godnego siebie przeciwnika.
Trzeba przyznać, że Dean Koontz przeżywa drugą młodość twórczą, a wychodzące ostatnio w Polsce jego książki są bardzo dobre. Ostatnio pisałem o Ocalonym, Inwazji i Mężu. Zaskakujące, bardzo dobrze napisane, dynamiczna akcja i poczucie humoru. W "Darze widzenia" pojawia się postać Elvisa Presleya, który często odwiedza Odda.

"Forever Odd" 2005
Liczba stron:
368
Rok wydania:
2007
Wydawnictwo:
Albatros
ISBN:
9788373595408
Okładka:
broszurowa
Wymiary:
12.5x19.5

Pokój dziecięcy czyli Hiszpanie dalej w dobrej formie

Pokój dziecięcy to kolejny film z hiszpańskiego cyklu "6 filmów, które nie dadzą Ci zasnąć". Ogląda się go z prawdziwą przyjemnością i gęsią skórką, która pojawia się dosyć często .
Reżysera - Alexa de La Iglesia znam przede wszystkim ze świetnego, odjechanego filmu Perdita Durango. W tym filmie jednak niewątpliwie dał radę. Wszystkie filmy z udziałem dzieci sprawiają zwykle o wile większe wrażenie niż te gdzie bohaterami są dorośli. Nie muszę chyba wymieniać. ten film opowiada o małżeństwie, które wprowadza się do dużego domu. Nie znają jego ponurej przeszłości. Nie wiedzą też, że kupienie zestawu do monitorowania ich małego dziecka może doprowadzić do niespodziewanego finału. A sam finał daje wiele możliwości interpretacji i nikt chyba nie będzie zawiedziony!
Czytaj o innych filmach z tej serii: Widmo, Apartament, Klinika.

The Baby's Room Hiszpania 2007
78 min.
reżyseria: Alex de La Iglesia
scenariusz: Alex de La Iglesia, Jorge Guerricaechevarría
obsada: Javier Gutierrez, Leonor Watling, Sancho Gracia, Maria Asquerino, Antonio Dechent

piątek, 21 listopada 2008

Sekcja „Z” part III

Kiedy kierował mocny strumień wody na brudne ciało zaczął od głowy, przez chwilę odniósł wrażenie jakby usta denata wygięły się w dziwnym grymasie odsłaniając rząd zepsutych, ale za to bardzo dużych zębów.
- Nie lubimy kąpieli – warknął do trupa – może to pierwsze mycie w twoim życiu, a raczej życiu po życiu – zaśmiał się na cały głos, przekrzykując szum wody. I wtedy usłyszał jeszcze jeden śmiech.

Gwałtownym ruchem wyłączył dopływ wody w szlauchu. Cisza. Żadnego śmiechu, żadnej obecności, żadnego ruchu. Trup Wszawego Króla leżał na stole sekcyjnym dokładnie w tej samej pozycji. Wargi już nie odsłaniały zębów. Obok, tuż przy ścianie pozostawały ciągle nie zakryte zwłoki kobiety, której zrobił „piercing”.
Wciągnął do płuc powietrze. I jeszcze wolniej odetchnął z ulgą. Zauważył, że drżą mu jego własne ręce. Odłożył sprzęt i usiadł na szpitalnej ławce. „Palenie bez jedzenia to zabójstwo dla mózgu” - siłą woli starał się uspokoić rozedrgane ciało.
Cisza. Radio wyrzucało z siebie jakieś lekkie rockowe numery. Z trudem rozpoznał wykonawcę, którego zresztą nie znosił. Wstał. „Trzeba kończyć to i spadać do chaty... Do Anny”. Ruszył w kierunku mytego denata.
I wówczas jak w dziecinnej zabawce uzbrojonej w sprężynę, na której trzyma się wyskakująca znienacka głowa klauna, ciało martwej kobiety wyprężyło się i pozszywane zwłoki usiadły z impetem na stole.
- Czyż on nie zasługuje na lepsze traktowanie? – trup śmiał się gardłowo i bardzo głośno. Śmiał się z niego i do niego wskazując na Wszawego Króla.
Przez chwilę poczuł uderzenie marihuany silniej niż zawsze. Wszystko wirowało przed oczami, martwa kobieta, która nie mogła być prawdą, ściany kostnicy, sekwencje piosenki z rockowej stacji radiowej... cofnął się do tyłu i zahaczając o podręczny stolik z akcesoriami runął do tyłu.
Leżąc na podłodze widział dokładnie mimo wstrząsu, szoku i lekkiej fazy narkotycznej jak brudne stopy Wszawego Króla zaczynają się poruszać, a później cały korpus unosi się do góry i oto obrzydliwa całość stanęła na przeciw niego.
- Przyszedłem podarować ci świat, którego pragniesz... – upiór wyszczerzył zgniłe i wielkie zęby w złowieszczym grymasie.
Wszy i wszystko co tam jeszcze żyło na jego ciele biegały pobudzone, wyraźnie poruszając się po skórze, wypadając z włosów z jakimś szaleńczym impetem.
Chciał uciec, albo choć zamknąć oczy. Krzyczeć albo rzucić się do walki. Zrobić cokolwiek. Ale strach kazał mu zamknąć się w paraliżu i bezruchu. „To nie może się dziać naprawdę!”.
- Padlina, ścierwo, rozkład, upodlenie, skrajność nie-życia... - krzyczał Król – panowanie nad wstrętem, mętną zawartością człowieka... to wspaniałe doznania... tak bardzo tego się obawiamy, a przecież rozkład karmi się nami od samego początku, powoli skrada się aby wybuchnąć kaskadą piękna w takich oto chwilach – trup rozłożył ramiona i odchylił do tyłu głowę:
- Ona ma rację. Czyż nie zasługujemy na lepsze traktowanie? Czyż mojej rodzinie nie należy się miłość – zatoczył krąg jakby chciał objąć i wznieść do góry całą przestrzeń kostnicy. W końcu wybuchnął śmiechem, wtórowały mu demoniczne zwłoki kobiety, śmiech zaczął wypełzać z dalszych zakamarków kostnicy, z chłodni, pojemników na wnętrzności, słojów do przechowywania organów, śmiały się nawet pozostawione w odpływie jelita zwinięte w rozedrgany zwój obślizłych warkoczy.
Śmierć ma poczucie humoru, choć dla nas jest do jednostronna radość. Nie chciał uczestniczyć w tym ohydnym misterium jakkolwiek miałoby się ono zakończyć, nie pragnął poznawać finału. Powoli, nie wstając z podłogi zaczął przesuwać się w kierunku korytarza pozostawiając trupią zgraję we własnym gronie.
- Stój! - nagie i sine ciało kobiety wyrosło przed nim błyskawicznie, jakby ożywione zwłoki nie podlegały takim samym prawom fizyki co ludzie. - Oh, stój... okaż mi trochę ciepła – upiorzyca obdarowała go uśmiechem – ciepła... - powtórzyła - nachylając się nad nim przysłoniła mu resztkę światła z zawieszonej pod sufitem lampy jarzeniowej.
Obudził się z omdlenia na zimnej posadzce kostnicy. W głowie czuł chaos, a każda próba powrotu do pozycji pionowej wywoływała falę torsji. Nie mógł sobie przypomnieć dlaczego upadł, ani co było powodem przerażenia, które jeszcze odczuwał. „Kurwa, upalić się to był fatalny pomysł”.
W pomieszczeniu wszystko pozostało bez zmian. Umyte zwłoki bezdomnego leżały przygotowane do dalszej procedury na czystym i uporządkowanym stole. Ciało kobiety również wyglądało naturalnie. W piersiach nie było śladów po igłach, a żaden szczegół nie wzbudzał podejrzeń.
Otrząsnął się i wzruszył ramionami. „Aleś się chłopie załatwił. Jak to opowiem kumplom...”.
Szybko przebrał się, zwinął rzeczy do plecaka i opuścił kostnicę. Wypisując zeszyt na portierni zmierzył się z niezadowolonym wzrokiem portiera, który najwyraźniej nie cenił i nie lubił młodszego personelu. Nie przejmował się tym. Posłał mu ironiczny uśmiech i pobiegł na tramwaj.
W całym bloku panowała jeszcze zupełna cisza, jaka zdarza się tylko nad ranem, kiedy nawet najbardziej zapalczywi wielbiciele nocy kapitulują przed zmęczeniem.
Nie wsiadł do windy. Przebiegł trzy kondygnacje szybko, nie obracając się za siebie.

Pokój zalewała szarość wczesnego dnia. Anna spała, charakterystycznie rozrzucone na poduszce włosy rozlewały się kaskadą jasnych spirali. Odetchnął. Wszystko wróciło do normy. Wszedł do łazienki i odkręcił prysznic do oporu. Spadające szybko litry gorącej wody zmywały z jego ciała i umysłu nieprzyjemne wspomnienia. W zasadzie nie pamiętał niczego. Pozostało tylko przeczucie, sugestia doświadczenia czegoś straszliwego i nieprzyjemnego. „Stres i jaranie” - podsumował krótko.
Wrócił do sypialni. Z ulgą podszedł do śpiącej dziewczyny i wyciągnął przed siebie rękę chcąc pogłaskać ciepłą, młodą i przyjaźnie znajomą skórę, żywą...
Odgarnął narzutę i włosy Anny i odskoczył z obrzydzeniem. Spod jej włosów i ciała wypełzały insekty, a wszechobecne wszy przemieszczały się w jakimś diabelskim pląsie po skórze, pościeli, wszędzie. Anna odwróciła do niego przegniłą i zdeformowaną twarz trupa: - Jesteś... przyniosłeś mi ciepło – zaśmiała się.
Znał ten śmiech. I wiedział co stało się w kostnicy.

pierwszą część opowiadania Pat czytaj tutaj a drugą tutaj. Inne opowiadania Patrycji możecie przeczytać tutaj (Zmora) i tutaj (Mroczny świt)

wtorek, 18 listopada 2008

Fabryka śmierci II daje radę

Po pierwszej części Fabryki śmierci myślałem, że drugiej nie ma sensu oglądać. I niesłusznie. "Krwotok" to naprawdę niezły film.

Pierwsza część była wyjątkowo żenująca (czytaj tutaj). Ale przy drugiej (tu zwiastun) twórcy naprawdę sie postarali. Grupa zwyrodnialców spotyka się w opuszczonej fabryce by zobaczyć rytuał upuszczania krwi. Wśród wybranych jest kobieta, której dziecko zostało zamordowane przez pedofila. Matka szuka zemsty. Czy znajdzie mordercę i pomści dziecko? Warto byście sami zobaczyli... Dodatkowy smaczek to wątek religijnej sekty, która szuka krwawej zemsty na grzesznikach! Tak jak w pierwszej części pojawia się młoda kobieta ze szponami zamiast dłoni. Zabija kogo popadnie w imię wiary. Ale czy na pewno?

Death Factory: Bloodletting
USA 2008
85 min.
reżyseria Sean Tretta
scenariusz Mike Marsh, Sean Tretta
obsada: Joth Andrews, Dawid C. Hayes, Travis Alam McAffe, Josh Bingenheimer, Nadine



poniedziałek, 17 listopada 2008

Sekcja „Z” part II

Na klinicznym dziedzińcu panował rozgardiasz. Grypa młodych medyków paliła papierosy na schodach głównego budynku. Spóźnialscy z pośpiechem zamykali samochody i szarpali ze sobą ciężkie teczki. Po lewej stronie, tuż przy niższej części kompleksu, dwóch mężczyzn w średnim wieku, ubranych w specjalne stroje pakowało na wózek jakąś sporych rozmiarów paczkę zawiniętą w czarną folię. Bez wątpienia było to ciało..

- Czy to pana pierwszy raz? - komitet powitalny składał się z dwóch mężczyzn około pięćdziesiątki. Pytający był średniego wzrostu, masywny, wąsaty o wystającym sporym brzuchu i szyi obleczonej w dość gruby złoty łańcuch. Stojący tuż za jego plecami współtowarzysz dla odmiany sprawiał wrażenie zabiedzonego intelektualisty, a obwisłe worki pod oczami i policzki nadawały jego twarzy wyraz odwiecznego smutku.
Kiwnął głową i podsunął grubszemu skierowanie potwierdzające przyjęcie na kurs laboranta sekcyjnego.
- To jest pan Krystian – grubszy wskazał na partnera – jest moją bezpośrednią prawą ręką. Ja nazywam się Marek. Pan Marek – poprawił się i chrząknął znacząco. - My, tutaj w tym miejscu odnosimy się do siebie z szacunkiem...podobnie jak do obiektów naszej odpowiedzialnej pracy. Pan młodszy zrozumiał?
Przez chwilę miał wrażenie jakby uczestniczył w jakiejś fabularnej zabawie, gdzie został wplątany w intrygę mającą na celu ośmieszenie osoby nie znającej reguł. „Jaki pan młodszy, kurwa?”. Dopiero po chwili zrozumiał, że tak będą go nazywać i etykieta stanowi ważną część tego rzemiosła.
- Wszystko w porządku. Zrozumiałem...
- Hm, no ma się rozumieć. Jakby pan tego nie zrozumiał to nawet bym pana nie wpuścił do środka – wskazał na grube drzwi prowadzące do chłodni i sal sekcyjnych. Prosimy w nasze progi – pan Marek popchnął go lekko w kierunku pracowni.
Milczący Krystian porozkładał na stalowym stoliku wszystkie instrumenty. Sprawdził stan stołu, odpływy, przejechał dłonią po blacie jakby miał tam znaleźć jakieś przypadkowe okruszki. Przez chwilę stali tak nic nie mówiąc, a on gapił się w napięciu na odrapane stare ściany, chłonął chłód pomieszczenia i z napięciem zastanawiał się na tym czy sobie poradzi, czy ta dwójka wprawnych sekcyjnych zgredów nie parsknie śmiechem, kiedy zobaczy jak posługuje się skalpelami. Napięcie przerwało wejście brzuchatego szefa, który przed sobą pchał wózek z nagim ciałem.
Będzie pan towarzyszył panu Krystianowi w przygotowaniu tej sekcji. Za godzinę przyjdzie biegły lekarz, więc wszystko ma być gotowe... ma się rozumieć. Potem zobaczymy. Dzwonili, że będzie robota – powiedział to bardziej do siebie niż do niego i wyszedł do drugiej sali.
Jelito było śliskie jak naoliwiony miękki wąż i wypadało z dłoni. Zanim uporał się z wnętrznościami narobił sporo zamieszania i ściągnął na siebie pełen wyrzutów wzrok partnera.
- Wiesz, pierwszy raz to zawsze jest beznadziejny... w tych sprawach też – rzucił dla rozluźnienia atmosfery.
- Proszę o profesjonalne podejście do pracy. I przypominam o przestrzeganiu naszych zasad panie Młodszy – mężczyzna zabrał na bok wnętrzności i bez dalszego tłumaczenia wskazał na głowę denata: - Poproszę o gotowość otwarcia czaszki.
Chciało mu się rzygać i miał zawroty głowy. Mieszanka smrodów tajemniczych skarbów ludzkiego ciała wpasowana w specyficzny chłód wnętrz kostnicy i lekką zawiesinę starego grzyba, który przeżarł na wskroś ściany starych klinik zdawała się przenikać w jego wnętrze wszystkimi porami skóry. Zastanawiał się, czy po powrocie do domu przyniesie ze sobą ten zapach. Ale musi dać radę. To kwestia rutyny i obycia się z materiałem. Chciał tego. Zaczął wyobrażać sobie wideoklipy swoich ulubionych zespołów, sesje zdjęciowe jakie można byłoby w tym miejscu zrealizować, libację z kolegami albo seks z Anną. Ciśnienie opadło. „Jesteś w domu. Dokładnie tam, gdzie chciałeś być” - uspokoił się.
Godziny upływały rutynowo. Ciszę przerywały dyspozycje wydawane przez pana Marka. Krystian zazwyczaj milczał i przesuwał instrumenty, albo sprawdzał ciała. Potem przyszedł lekarz. Zrobił oględziny i notatki. On miał za zadanie stać i przyglądać się. Na koniec lekarz spojrzał w jego stronę, pierwszy raz zwracając uwagę na obecność młodego laboranta.
- I pan sam tak do tej roboty?
- Tak – odpowiedział pewnym głosem.
- To będę miał dla pana niespodziankę – lekarz uśmiechnął się, ale był to raczej grymas smutku niż zadowolenia czy złośliwości.
Było już około 16, kiedy do pomieszczeń kostnicy przywieźli bezdomnego i bezimiennego denata. „Prezent od lekarza” – tak nazwał nieboszczyka w myślach. Należało przygotować ciało do jutrzejszej sekcji. Nie wiadomo kim był martwy mężczyzna i w jaki sposób umarł. Teraz leżał przed nim w obdartych resztkach łachmanów, zarośnięty, brudny i potwornie śmierdzący.
Pan Marek osobiście rozebrał bezdomnego.
- O, widzę, że mamy tu specjalny przypadek – przywołał ich skinieniem dłoni obleczonej w chirurgiczne rękawiczki.
Nachylili się nad stołem. Po owrzodziałym zniszczonym ciele trupa, po skórze, w jego włosach łonowych, klatce piersiowej i długich kołtunach biegały wszy i jakieś inne insekty, których nie potrafił w tej chwili nazwać.
Król wszy.
- Prawdziwy Wszawy Król – powiedział głośno – i zaraz ugryzł się w język.
- Panie Młodszy. A więc król trafi w pana ręce – pan Marek pierwszy raz zaśmiał się - niech to będzie rodzaj chrztu bojowego. Umyje pan denata – tu pan Marek wskazał na szlauch i butelki płynu do mycia naczyń typu „Ludwik”. - Potem proszę wszystko posprzątać i stawić się jutro punkt 7.30. I należy się odrejestrować u portiera jak już będzie pan wychodził – i proszę pamiętać, dopiero po zakończeniu pracy, bo jeśli wyjdzie pan na chwilę to drzwi się zablokują i koniec. Taka jest u nas procedura po 16 – pan Marek wyraźnie zadowolony zakończył swój wywód.
Po kwadransie został sam. Na dworze było już chyba ciemno. W pomieszczeniach panowała cisza. Spojrzał na ciała - „Jestem sam, ale nie sam” - zaśmiał się – usiadł na kamiennym blacie i wyciągnął z kieszeni małego jointa. Teraz czas na luz. Wreszcie poogląda sobie wszystko na spokojnie i porobi komórką parę zdjęć. Szkoda, że nie ma tu zasięgu ponieważ mógłby zadzwonić do Anny. Ale pokaże jej i opowie wszystko już w domu. Do godziny 20 wyrobi się jak nic.
Włączył radio, zaciągnął się skrętem i przyjrzał się zwłokom młodej kobiety, nad którą pracował z panem Krystianem. Pozszywana i sina wyglądała jak eksponat groteskowego ZOO. Podszedł bliżej i dotknął jej zimnego ciała. Skóra była szorstka, miała zupełnie inną gęstość niż u żywych, wyraźne sine zacieki utworzyły się wokół paznokci i pod oczami. Nagle przyszedł my do głowy pomysł. Szybkim ruchem sięgnął do laboratoryjnej szafki i wyciągnął dwie grube igły. Przebił kobiecie sutki, tak że całość sprawiała wrażenie dziwacznego piercingu i zrobił kilka zdjęć. Parę z perspektywy końca stołu, tak aby czubki stóp znalazły się na pierwszym planie, potem zbliżenie piersi i od połowy pasa razem z twarzą, albo raczej tym co z niej pozostało. Przejrzał efekty swojej pracy na podglądzie telefonu i zwrócił się do leżącego obok bezdomnego:
- Teraz czas na ciebie Wszawy Królu.
Trup leżał bezbronny i nagi. Ręce pozostawiono ułożone wzdłuż korpusu. Z obrzydzeniem sięgnął po nową parę rękawic, sprawdził czy gumowy fartuch jest dobrze związany i szturchnął ciało. Nic. Tylko wszy ciągle grasowały po jego skórze jakby nie mogły pogodzić się z tym, że krew ich gospodarza przestała pulsować życiodajnym ciepłem.
Kiedy kierował mocny strumień wody na brudne ciało zaczął od głowy, przez chwilę odniósł wrażenie jakby usta denata wygięły się w dziwnym grymasie odsłaniając rząd zepsutych, ale za to bardzo dużych zębów.
- Nie lubimy kąpieli – warknął do trupa – może to pierwsze mycie w twoim życiu, a raczej życiu po życiu – zaśmiał się na cały głos, przekrzykując szum wody. I wtedy usłyszał jeszcze jeden śmiech.

CDN

pierwszą część opowiadania Pat czytaj tutaj. Inne opowiadania Patrycji możecie przeczytać tutaj (Zmora) i tutaj (Mroczny świt)

niedziela, 16 listopada 2008

Fabryka śmierci: żenada na maksa

Nie wiem po co, kto i dla kogo robi takie filmy. Fabryka śmierci wydana w nowym cyklu Carismy horroru niezależnego naprawdę wprawia widza w głębokie zażenowanie.

Pomysł może jest i niezły. Młodzi ludzie wybierają się na imprezę do opuszczonej fabryki, w której jak się później okazuje ktoś zamordował pracowników. Okazuje się, że sprawcą mordu była pracownica, która została poddana promieniowaniu podczas nieudanego eksperymentu (mam nadzieję, że dobrze odszyfrowałem niejasną do końca fabułę). Oczywiście młoda kobieta z wielkimi zębami i metalowymi pazurami zamiast palców zabija kogo popadnie. Widz raczony jest hektolitrami krwi, która wytryskuje podczas morderstw. Z każdą minutą zażenowanie jest coraz większe i trwa walka z palcami, które każą natychmiast nacisnąć w pilocie przycisk stop. Myślę, że nie stracą nic ci, którzy zrobili to po 10 minutach.
Oczywiście mam świadomość, że to niezależny horror, zrealizowany za niewielkie pieniądze, ale szkoda nawet tych niewielkich środków, które zmarnowano na jego produkcję. Z obawą myślę, że pewnego dnia włączę kontynuację tego filmu wydaną na tej samej płycie: Fabryka śmierci: krwotok...

Death Factory 2002
scenariusz i reżyseria: Brad Sykes
obsada: Tiffany Shepis, Ron Jeremy, Karla Zamudio, Lisa Jay, Jeff Ryan, Rhoda Jordan

Agent ABW na tropie zmor rodem z Lovecrafta

Hell-P Eugeniusza Dębskiego to naprawdę dobra książka. Zresztą powieści tego wrocławskiego autora z przyjemnością czytam już od kilkunastu lat.

Tym razem Dębski (tu czytaj co sam mówi o swojej książce) bierze na warsztat zmory rodem z powieści HP Lovecrafta. Okazuje się, że po świecie grasują przybierający ludzką postać potomkowie legendarnego Cthulhu - guimony. Nie wolna jest od nich także Polska. Nic więc dziwnego, że do naszego kraju trafia amerykański agent polskiego pochodzenia Jerzy. Jerzy jest extermanem - jednym z czterech na świecie. Guimonów jest zawsze 666! Amerykański agent bierze sobie do pomocy agenta z Polski - Kamila Stocharda, geja który stara się jak najmniejszym kosztem pracować w ABW. Razem ruszają do walki z guimonami! Na trasie ich krucjaty są m.in. Toruń, Wadowice i Wrocław. Świetne dialogi, barwne opisy, polskie realia, częste nawiązania do HP powodują, że czyta się tę powieść błyskawicznie i z przyjemnością. Jej koniec wskazuje, że możemy spodziewać się kolejnych części. Może to być więc kolejny cykl w dorobku Eugeniusza Dębskiego. Kto wie może Kamil zastąpi mojego do tej pory ulubionego bohatera Owena Yeatsa.

poniedziałek, 10 listopada 2008

Czerwona maska daje radę!

Nowy horror Grahama Mastertona jest naprawdę niezły. Czerwoną maskę czyta się szybko i przyjmnie!

Oczywiście fajerwerków nie ma co oczekiwać, ale parę niespodzianek znajdziecie. Książka opowiada o krwawym mordercy, który zabija ludzi w małym miasteczku. Czerwona maska - bo takie szybko dostaje przezwisko - sprawnie posługuje się rzeźnickimi nożami. Znajduje jednak przeciwnika - policyjna rysowniczka i jej matka, która dysponuje zdolnościami parapsychologicznymi. W finale dołącza do nich były mąż tej ostatniej, ożywiony dzięki zdolnościom żony swojego syna. Wiem skomplikowane to trochę, ale jak się czyta daje się to przełknąć 8-)

Wydawnictwo: Rebis , luty 2008
ISBN: 978-83-7510-014-3
Liczba stron: 276
Tłumaczenie: Piotr Kuś

wtorek, 4 listopada 2008

Sekcja „Z”. Part I

Przed Wami kolejne opowiadanie Pat. Zapraszam serdecznie. Kolejne odcinki w następnych tygodniach. Inne opowiadania Patrycji możecie przeczytać tutaj (Zmora) i tutaj (Mroczny świt).


„Sekcja zwłok wykonywana na żywo w Petersburgu
– cóż za idiota mógł tak nazwać film na YouTube. Pewnie Ruski, debil... ale trzeba przyznać jedno: ogląda się to doskonale. Spędziłem nad tym filmem wiele godzin”. Jeszcze tylko opcja wyślij, chwila czekania bo internet w pracy chodzi kiepsko i poszło. Wiadomość poszybowała światłowodem do niecierpliwie czekającej na nią odbiorczyni. Nie byle jakiej. Tej wyczekanej. Zdobyczy.

Uśmiechnął się lekko. Charakterystycznie unosząc tylko prawy kącik ust, nie odrywając wzroku od otwartego pliku, nad którym pozornie pracował.

Czekał tak długo na rozpatrzenie swojej prośby. Nie było łatwo przekonać szefa do tego projektu. Laborant sekcyjny. Niby po co taka umiejętność młodemu pracownikowi naukowemu jednostki medycznej, ale pozostającemu wszak w zakładzie badawczym zajmującym się teorią, a nie praktyką. Negocjował długo, argumentował, podlizywał się, był nadgorliwy w pracy. Aż w końcu udało się. Mógł wystosować oficjalną prośbę do jedynej w Europie firmy „Mortus” prywatnej posiadającej takie uprawnienia, aby zechcieli rozpatrzeć jego kandydaturę do odbycia kursu-szkolenia w zakresie przeprowadzania sekcji zwłok i uzyskania niezbędnych dokumentów potwierdzających przydatność w tym ciężkim fachu.

„Dla kogo ciężki, dlatego ciężki” - westchnął. Jeszcze raz odtworzył „ruski film”, który przed chwilą wysłał swojej dziewczynie. Kafelki, stare odrapane mury szpitalnych pomieszczeń, jarzeniówki rozświetlają mocnym strumieniem ogromne pomieszczenie. Na stołach leża nagie zwłoki. Żadnych profesjonalnych rynien, kanałów spływowych. Wokół przygotowanych do „zabiegów” martwych ciał kręci się kilka osób w lekarskich kitlach i gumowych fartuchach. Operator amatorskiej kamery żartuje, mężczyźni odpowiadają – wszyscy wybuchają śmiechem. Ale dla niego te żarty są kompletnie niezrozumiałe. Nie zna rosyjskiego. Niecierpliwie czeka na finał. Jeden z laborantów szybko podchodzi do wybranych zwłok, sprawnym cieciem otwiera klatkę piersiową, krtań, rozpina żebra, wyciąga wnętrze, potem brzuch i jelita, a następnie bierze się za czaszkę. Ściąga skórę wyginając ją w kierunku brody, twarz zamienia się w dziwną makabryczną maskę, wreszcie zaczyna piłować kość, widać mózg. Przeprowadzający sekcję wyciąga go na dłoni w kierunku kamery. Koniec.

Mógłby tak na okrągło. Zawsze cenił szybkość i sprawność ruchów fizycznych, można powiedzieć, że odnosiło się to także i do psychologii. Szybkie sądy, decyzje, emocje. „Ciekawe, czy będę tak potrafił?” - z obawą zastanawia się czy dorówna „ruskim”. Choć wie jedno: u nas tego tak się chyba nie robi. Ale nie jest studentem medycyny i w sumie brakuje mu nieco wiedzy na temat tego fachu.

Dlatego na spotkanie w ekskluzywnej i cenionej w szeroko pojętej branży funeralnej i medycznej firmie przygotował się dobrze. Musiał przejść testy psychologiczne, przedstawił mnóstwo zaświadczeń z pracy, opinie przełożonych, uzasadnił swoje zainteresowanie tematem. Ustalono termin odbycia kursów. Szkolenie teoretyczne przebiegało w sterylnych i bardzo nowoczesnych salach siedziby „Mortus”. Zdał „egzamin” i teraz czekał na część praktyczną. Przydzielono go do kostnicy w miejscowych klinikach. Znajdujący się nieopodal Zakład Medycyny Sądowej dostarczał każdego dnia „nowych wyzwań” pracownikom placówki.

Kiedy wysiadał z tramwaju o 7.30 rano przed kompleksem XIX wiecznych budynków utrzymanych w stylu charakterystycznej architektury neogotyckiej, tak modnej w czasach ich świetności, nie było w nim tremy ani podniecenia. Ciągle jeszcze miał w pamięci widok jasnych włosów Anny rozrzuconych w nieładzie na małej poduszce. Jej zamknięte oczy i udawaną obojętność, kiedy ściągnął z jej ciała narzutę, aby poobserwować nagość, lekką martwotę wpółuśpionej dziewczyny. Postanowił wysłać jej wiadomość na dobry początek dnia: „kocham... twój tyłek, bejb”. Schował telefon do kieszeni i stanął na przeciw wysokiej, wykonanej z kutego żelaza bramy. Pchnął ja zdecydowanym ruchem. Zawiasy zaskrzypiały. Na klinicznym dziedzińcu panował rozgardiasz. Grypa młodych medyków paliła papierosy na schodach głównego budynku. Spóźnialscy z pośpiechem zamykali samochody i szarpali ze sobą ciężkie teczki. Po lewej stronie, tuż przy niższej części kompleksu, dwóch mężczyzn w średnim wieku, ubranych w specjalne stroje pakowało na wózek jakąś sporych rozmiarów paczkę zawiniętą w czarną folię. Bez wątpienia było to ciało.

CDN.

poniedziałek, 3 listopada 2008

Nowy konkurs Horrorowiska

Tym razem zapowiadany (wspólnie z dystrybutorem - firmą Vision) konkurs dotyczący wchodzącego już wkrótce na ekrany filmu "Nieruchomy Poruszyciel" Łukasza Barczyka.

W erotycznym thrillerze grają m.in. Jan Frycz, Marieta Żukowska, Andrzej Chyra.
I to właśnie tych dwóch aktorów dotyczy konkurs. W jakim polskim serialu kryminalnym zagrali i w której serii. Na odpowiedzi czekam (dominikpanek@prw.pl) do 14 listopada do dnia premiery tego filmu.
Nagrody to 10 koszulek.


Mroczny świt w całości

W odcinkach już mogliście przeczytać najnowsze opowiadanie Pat. teraz jest okazja zapoznać się z nim w całości nie szukając poprzednich części.

Drzwi zamknęły się z nieprzyjemnym trzaskiem. Cięcie. Tam z tyłu został hałas kończącej się powoli nocy. Stanęła twarzą w twarz z ciszą skradającego się świtu. Przez chwilę myślała o tym, aby obrócić się plecami do dnia i wrócić do ciepłej, pachnącej dymem papierosowym i alkoholem knajpy.
Koniec z tym. Każda noc się kiedyś kończy. Nie każdy dzień może przynieść za to radość.
Sprawdziła czy przewieszony przez ramię aparat fotograficzny jest na miejscu. Raz, dwa, trzy. Obiektyw, zabezpieczenie, stan baterii. Rusza na łowy. Mniej więcej za trzydzieści minut noc przestanie czarować i zasłaniać banalność naszego życia, ale nikt tego nie zauważy. Miasto jeszcze śpi. W szarej poświacie jesiennego poranka liczyła na szczególne obrazki z życia miasta, egzystencji na pograniczu. Dokładnie takiej jak ta wyjątkowa chwila pomiędzy nocą i dniem. „Pomiędzy życiem, a śmiercią” – przeszło przez jej myśli. Alkohol i wypalone papierosy powodowały, że jej krok nie był stabilny, a zmęczenie całonocnym siedzeniem przy barze dawało się we znaki. Ruszyła na przód, wybierając kierunek starych śródmiejskich uliczek, powoli tracących swój koloryt i dekadencję rozkładu zastępowaną przez zrewitalizowane elewacje, nowoczesne okna i kolorowe witryny nowych sklepów i kawiarni. „Ale zanim skończy się ta wielka operacja plastyczna mojego miasta uwiecznię w pamięci jego wszystkie zmarszczki, bruzdy i przebarwienia”. Taka była misja i tak miał wyglądać ten projekt – Miasto po śmierci i przed życiem.
Ta ulica nie różniła się od dziesiątek innych do niej podobnych. Może tylko perspektywa była bardziej niesamowita. Na końcu wysokich rzędów ponurych kamienic oblepionych pstrokatymi balkonami widać było kawałek parkowego skweru i dwie wysokie wieże remontowanego kościoła. Barczysty budynek rozłożył się w parku jak olbrzymie monstrum zupełnie nie pasujące do oszczędnej zieleni, delikatnego oczka wodnego i obumarłych chwilowo klombów kwiatowych. Bryła była tak ciemna, że żaden wschód słońca nie mógł do końca oświetlić tego miejsca. Jednocześnie cała kompozycja była wyjątkowa. Na pozór nie współgrające ze sobą elementy tworzyły wyjątkową mozaikę porządków innych światów. I każdy z nich walczył o palmę pierwszeństwa. Przy witrynie opuszczonego antykwariatu zrobiła pierwsze zdjęcie. Wybita szyba, drzwi zablokowane metalową sztabą i porozrzucane książki w skromnym wnętrzu. Resztki jakiś niepotrzebnych nikomu broszur. Bez wartości, choć każda z ich stron była pokryta drogocennym słowem. Spojrzała w drugą stronę, w idealnej chwili aby zdążyć uchwycić młodego pijaka wracającego z nocnej eskapady, który mimo kompletnego upojenia próbował w bramie odpalić sobie papierosa (bezskutecznie). Brakowało jej elementu zaskoczenia. Zaglądnęła na najbliższe podwórko, gdzie zwróciła jej uwagę kocia rodzina kłębiąca się wokół wystawionych pośpiesznie misek. Kocie futerka stanowiły przeciwwagę dla odrapanych murów. Zrobiła całą serię ujęć. Wycofując się cicho spojrzała na półprzymknięte drzwi starego sklepu, gdzie w głębi paliło się światło. Ktoś zamieszkiwał ten opuszczony lokal, najprawdopodobniej korzystając z braku zainteresowania władz okolicą po częściowym wysiedleniu, a przed remontem. Zdecydowała się na jedno ujęcie. Tylko jedno małe klik, a potem sesja mrocznego kościoła w promieniach październikowego słońca.
-Nie wiesz, że tu nie można zaglądać – warknęła jej na powitanie jakaś postać. Mężczyzna był od niej dużo niższy i zasłaniał swoją zgarbioną posturą wnętrze.
-Tylko jedno zdjęcie, piątka na tanie fajki i idę – zaproponowała ugodowo.
-Sram na pety. Palą je żywe trupy -zarechotał.
Zdziwiła ją ta wulgarna błyskotliwość, ale to było fajne.
-Daj spokój, ja nie z gazety – chciała załagodzić sytuację. Musiała mieć to zdjęcie.
-O spokój martw się ty, głupia - parsknął mężczyzna – uciekaj stąd do miasta, tam – kiwnął głową w kierunku centrum – i nie leź w te ruiny więcej. Jest tyle pięknych rzeczy do sfotografowania – wskazał brudnym palcem na jej aparat.
Wzruszyła ramionami. I tak udało jej się coś uchwycić. Zostawiła mamroczącego nielegalnego lokatora i ruszyła w kierunku podwórkowych oficyn. Jakby na przekór. Nagle cisza oplotła ją z każdej strony. Słyszała skrzypnięcia starych schodów i terkot powyginanych blach na parapetach i balkonach. Odwróciła się. Drzwi od opuszczonego sklepu pozostały zamknięte.
Nawet nie zdążyła krzyknąć, kiedy coś wciągnęło ją z impetem do piwnicznej otchłani. Smród wilgoci i kurz sprawił, że nie mogła złapać oddechu. A wtedy coś uderzyło ją z całej siły w głowę. W tępo pulsującym rytmie bólu zapadła się w niebyt.

Uderzenia, kopniaki i ugryzienia spadły na każdy centymetr jej ciała. Głowa, nogi, dłonie, tułów – nic nie zostało oszczędzone. Jakby maszyna do rozdzielania bólu chciała najsprawniej wywiązać się ze swojego zadania. „Dlaczego?!” - chciała krzyczeć, ale gardło dławiła ślina i krew z rozbitych ust. Przez chwilę miała wrażenie, że przegryzła sobie język, ponieważ kawałek mięsa współgrający przy artykułowaniu słów zamienił się w odrętwiały ochłap. I kiedy nagle przestała odczuwać cokolwiek - zamarzyła o śnie. O tym, by koszmar okazał się być tylko senną marą, źle strawionym jedzeniem i pokłosiem zbyt dużej dawki wypitego alkoholu.
Jakieś smrodliwe cielsko naparło na nią z całej siły, przygniatając do podłogi, krępując ruchy i tak już prawie martwego z bólu, materialnego kawałka jej samej.
Spuchnięte oczy próbowały zobaczyć cokolwiek w mroku piwnicy. Nie wiedziała czy długo była nieprzytomna. Na pewno był dzień, bo przez wyrwę, którą została wciągnięta w pułapkę, wpadała dość jasna smuga światła. W sam raz żeby zobaczyć własne, skrępowane dokładnie drutem nogi. Wygięte do tyłu ręce również były unieszkodliwione. W twarz wgniatały się kawałki gruzu i resztki jakiś wilgotnych papierów. Wokół potwornie śmierdziało.
Chciała choć lekko się poruszyć, żeby przekonać się czy nie ma jakiś złamań. Udało się. Szarpiąc na boki obolałą głową zobaczyła w piwnicznym kącie napastnika. Siedział w kucki, nerwowo podrygując i z głośnym mlaskaniem jedząc. Szybko zauważył, że powróciła jej świadomość. Nie wstając zbliżył się do niej. Zauważyła, że takich ruchów nie może wykonywać człowiek. Stwór na poły pełznął, na poły przesuwał się do przodu przy pomocy przednich kończyn, nie przerywając przeżuwania.
- Kiedyś byłem jak ty, jak ty... taki sam. Kiedyś… - wyseplenił ludzkim głosem, zrozumiałym językiem, a ona zobaczyła przed sobą twarz szarą, zwyczajną, zaniedbaną latami spędzonymi w degenerujących warunkach. Odetchnęła. Mimo grozy i beznadziejności sytuacji uspokoił ją widok człowieka.
- Nie wiem kurwa kim jesteś, nie wiem o co ci chodzi. Jak chcesz pieniędzy, to dam, jak liczysz na aparat, że go sprzedasz, to zdaje się, że już do niczego się nie nadaje - skinęła na rozwalony na kamiennej podłodze sprzęt. - I kurwa wypuść mnie lepiej, bo ta historia skończy się i dla mnie, i dla ciebie źle – wydusiła z siebie ostatnie zdanie.
- To nie ważne - zacharczał napastnik. - Mnie nie może się już nic stać... Przecież ostrzegano cię, żeby tu nie wchodzić - zarechotał. - Nie bierz tego do siebie, to wszystko tylko przypadek, taki margines pomiędzy nocą, a dniem...
Drżenie narastało z każdym usłyszanym słowem. Absurd, nierealność i niemożność wytłumaczenia całej sytuacji wzbudziły w niej te pokłady przerażenia, o których istnieniu wolimy zazwyczaj nie wiedzieć. - To nieprawda… - pomyślała.
Oprawca przesunął się w kierunku świtała. Teraz dokładnie mogła zobaczyć, co przez cały czas tej dziwnej rozmowy przeżuwał. Uniosła twarz i z odrazą rozpoznała kawałek okrwawionego mięsa... ludzkiego ucha. Zimna pewność obrazu w błyskawicznym tempie połączyła się z rwącym bólem, narastającym z sekundy na sekundę. Jakby dopiero połączone sekwencje, napełnione sensem dotarły do jej świadomości, ukazując złożoność okrucieństwa.
To było jej ucho. A ona wyła z bólu i skręcała się w beznadziejnej walce spętanego ciała o choć szansę na rozluźnienie uciskającego drutu. Krzyczała, a stwór krzyczał razem z nią. Ale ofiarą kierowała rozpacz, a myśliwym tylko i wyłącznie instynkt i zadowolenie z udanego polowania.

Nie mogła dłużej krzyczeć, ani zawodzić. Nie mogła płakać, ani zatamować krwi płynącej z rany po odgryzionym kawałku ucha. Nie mogła też dosięgnąć obrzydliwego drapieżnika, który teraz siedząc w pozycji lotosu wydawał się sprofanowaną figurą jakiegoś szmatławego wcielenia Buddy. Buddy od medytacji szczurów i mistyki ciemnych korytarzy, zapleśniałych ścian i zarobaczonych tajemnic. Buddy śmierci.
Cisza wypełniła piwnicę i było to jeszcze bardziej męczące niż atak, albo wybuch furii u napastnika. Ale nic takiego się nie stało.
Stwór wstał. Zdało się jej, że trwali tak godzinę, albo dłużej. Zbliżył się do niej i zwinnym ruchem swych krogulczych palców uwolnił z drucianych wnyków.
Szarpnęła się na podłodze i potoczyła w bok, jak najdalej odsuwając od mężczyzny. „Może ten wariat chce mnie teraz zabić, ale tak, żebym się ku jego zadowoleniu broniła” - postanowiła zachować spokój, choć tętno pulsowało z hałasem w jej ciele i czuła, jak krew uderza do głowy.
Napastnik ustawił się dokładnie naprzeciw, ręce miał opuszczone i nic nie wskazywało na to, żeby w jego posiadaniu znajdowało się jakieś narzędzie zbrodni. Po prostu stał i nawet nie patrzył w jej kierunku.
- Użyję dość banalnego zwrotu i pewnie dobrze ci znanego: oto jest ciało i krew moja – rozłożył ręce. - Pewnie to oburzające, ale to najtrafniejszy zwrot, jaki słyszałem. Kiedyś ktoś mi to powiedział, a teraz ja doszedłem do kresu nocy i przekazuję to motto dalej – dokończył, choć wcale nie była przekonana, że słowa były dedykowane jej.
„Kurwa, jeszcze świr do tego” - westchnęła głęboko i resztką woli zmusiła swoje ciało do działania. Zaskoczyło ją, że mimo obrażeń i strachu znalazła dość sił, by rzucić się na tego wariata. Jeśli uda się jej ogłuszyć to coś, albo choćby odepchnąć na moment - może doskoczy do piwnicznej wyrwy, wyjdzie na górę, zacznie wzywać pomocy... cokolwiek.
Nie bronił się. Rzuciła się na niego uzbrojona w ciężki obiektyw roztrzaskanego aparatu, celnie mierząc w sam środek czaszki. Przewrócili się, a wtedy kierując się wściekłością, furią, albo może tylko głębokim strachem (nigdy nie potrafiła wyjaśnić do końca tamtej chwili, ani opisać uczuć i pragnień jakie pojawiły się nie wiadomo skąd, by zawładnąć jej świadomością) zaczęła jakby w akcie zemsty sama gryźć i szarpać ciało - jeszcze niedawno napastnika, a teraz bezbronnej, sztywnej ofiary. Uderzała jego głową raz po raz w piwniczną posadzkę. Przestała dopiero w momencie, kiedy zauważyła szarą maź wypływająca między połamanymi chrząstkami i kośćmi. Nie wyobrażała sobie do tej pory smaku ludzkiej krwi, a co dopiero smaku ludzkiego mięsa.
Ponury rytuał trwał do chwili, gdy opadła ze zmęczenia i wewnętrznej pewności, że już dość. Nie spoglądając na mężczyznę, ani na to co z niego zostało - szybko wydostała się z podziemnej nory.
Na podwórku nic się nie zmieniło. Kocia rodzina dalej krążyła przy miskach. Na jej widok zwierzęta z miaukiem i prychaniem schowały się pod brezentową zasłonkę, którą ktoś zawiesił na dawnym stelażu balkonowego kwietnika. Trzymając się ścian i przytykając chustką zakrwawione strzępy ucha, szła w kierunku głównej ulicy. Nadal było cicho i szaro. Dzień dopiero się budził. To dziwne, bo myślała, że spędziła w piwnicy całe wieki. Zabrała ze sobą rozbity aparat, już na ulicy wyciągnęła z torby schowany telefon komórkowy i wykręciła numer zaprzyjaźnionej korporacji taksówkarskiej. Czekając na samochód patrzyła w kierunku opuszczonego sklepu. Była pewna, że ktoś ją obserwuje zza brudnych szyb. Chciała tam pójść, rozbić taflę szkła i najchętniej zabić tego dzikiego lokatora. „Wiedział, wiedział, wiedział” - powtarzała na okrągło.
Słońce powoli unosiło się nad dachami okolicznych kamienic. Pokryte zaśniedziałą miedzią i starymi dachówkami budowle stawały się w świetle jesiennych promieni przyjaźniejsze, pokazując swoją lepszą twarz. Na głównej arterii śródmieścia zaczynał się ruch i tworzył pierwszy korek.
- Miała pani jakąś nieprzyjemną przygodę? – kierowca z niepokojem i ciekawością zerknął w lusterko.
- To tylko drobne ugryzienie psa, który mnie przewrócił. Ale na pewno był szczepiony. Wie pan jak to jest w tych starych dzielnicach... – uśmiechnęła się do mężczyzny. Otworzyła aparat, sprzęt był uszkodzony, ekran podglądu lekko pęknięty, ale nadal działał. Włączyła odtwarzanie. Aparat zarejestrował wszystko, co działo się w piwnicy. Przypadek?
Na tylnym siedzeniu taksówki oglądała, jak w szale zjada wyszarpane kawałki twarzy swojego oprawcy. Pełna spokoju przymknęła oczy, przejechała językiem po podniebieniu i zębach czując w kubkach smakowych resztki mózgu i kawałki chrząstek.
Daję ci swoje ciało i krew... - tylko po co? Tego dowiem się chyba niebawem – pomyślała.

(Pat)

p/s tutaj możecie przeczytać pierwsze opowiadanie Pat "Zmora".

niedziela, 2 listopada 2008

Udany Dzień żywych trupów

Steve Miner to reżyser dobrze znany miłośnikom horrorów. Ma na swoim koncie dwie części Piątku 13, Dom, Czarnoksiężnika, Halloween 20 lat później. Teraz stworzył Dzień żywych trupów (tu zwiastun).

I znowu winni są wojskowi. Ich eksperymenty spowodowały, że ludzie z małego miasteczka zaczęli chorować i zamieniać się w Zombi. Szybko biegają, potrafią strzelać, a nawet chodzą po suficie. Jeden z nich (Stark Sands) jest zakochanym w głównej bohaterce (piękna Mena Suvari znana z Utkwionego, American Pie czy American Beauty) wegetarianinem, który nie chce zabijać i zjadać ludzi. Świetne dialogi i dużo poczucia humoru sprawiają, że kolejna wariacje na temat żywych trupów ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Niektórzy narzekają, że filmów dotyczących Zombi jest za dużo, ale ja się nie zgadzam. Niemal każdy z nich oglądam z przyjemnością!

Przerażające Widmo

Azjatycki oryginał był naprawdę przerażającym filmem. Amerykańska przeróbka jest jednak także całkiem niezła.

Widma nie miałem okazji zobaczyć w kinie, ale teraz halloweenowy weekend pozwolił nadrobić zaległości. Film (tu zwiastun) opowiada o amerykańskim młodym małżeństwie, które przyjeżdża do Japonii. Odkrywają, że na zdjęciach, które robią pojawiają się tajemnicze postacie. Zaczynają podejrzewać, że są to duchy. Akcja nabiera tempa aż do przerażającego końca.
Reżysera Masayuki Ochiai znamy z japońskiej Infekcji.
Film udany, ale coraz bardziej mam dość amerykańskiego przerabiania azjatyckich hitów. Czyżby Amerykanie nie byliby już w stanie wymyślić coś własnego, oryginalnego? Ostatnie przeróbki Oka, Kręgu czy Dark Water pokazują, że amerykański horror staje się wtórny i mało oryginalny. Ale zawsze łatwiej przerobić coś co się już gdzieś sprawdziło i stało hitem niż coś samemu wymyślić...

Shutter USA 2008
85 min.
scenariusz: Luke Dawson
reżyseria: Masayuki Ochiai
obsada: Joshua Jackson, Rachel Taylor, Megumi Okina, John Hasley, Maya Hazen, Daisy Betts

sobota, 1 listopada 2008

Najchętniej czytane w październiku

Lider bez zmian. W październiku najchętniej czytaliście recenzję filmu "Anonimowi pożeracze ciał" - pierwszy film z nowego cyklu Carismy (horrory twórców niezależnych).

Kolejne miejsca:
2. Świetne opowiadanie grozy Pat "Zmora". Możecie też już czytać jej najnowsze opowiadanie "Mroczny świt".
3. recenzja świetnego "Zejścia".
4. artykuł o Mrocznej Klatce B (tu należy się wyjaśnienie. We wrześniu był on najchętniej czytanym, ale z nieznanych przyczyn nie uwzględniłem tego w zestawieniu).
5.recenzja filmu "Chora dziewczyna" (znowu w pierwszej piątce).



Konkurs rozstrzygnięty

Konkurs dotyczący filmu "Nocny Pociąg z Mięsem rozstrzygnięty"! Prawidłowa odpowiedź do Księga Krwi I.

Pod uwagę nie były brane odpowiedzi, w których nie padała dokładna odpowiedź - czyli o który tom chodzi. Zwycięzcy zostaną powiadomieni mailowo.

A już wkrótce nowy konkurs dotyczący filmu "Nieruchomy poruszyciel" Łukasza Barczyka.

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga

Wystąpił błąd w tym gadżecie.