Ruggero Deodato, twórca Cannibal Holocaust (Włochy 1980), chciał zszokować. I udało mu się. Ten film (polski tytuł Nadzy i rozszarpani), uznawany za jeden z najbardziej kontrowersyjnych w historii kina, przekracza granice dobrego smaku, moralności i ludzkiej przyzwoitości. To nie jest dzieło, które prowokuje do refleksji nad naturą człowieka czy mediami – to brutalna, nihilistyczna jatka, która zostawia widza z poczuciem wstydu za samo jej oglądanie.Film miałem okazję zobaczyć w warszawskiej Kinotece, a wyświetlany był w cyklu Video Nasties (przygotowanego przez ekipę Splat! Film Fest i Łukasza Karasia z wideobloga HorrorShow). Pełna sala publiki, która w większości wiedziała na jaką produkcję przyszła, a ci co nie wiedzieli musieli być zaszokowani, chociaż wychodzących nie widziałem. Zresztą słowo wstępu Łukasza dało jasny obraz, tego co zobaczymy. Ja widziałem ten film po raz pierwszy i byłem zaszokowany. Zwłaszcza, że oglądanie na ekranie kinowym daje o wiele większe wrażenia niż w domu, na telewizorze...
Największym skandalem Cannibal Holocaust nie są jego fabularne okrucieństwa – historia dokumentalistów, którzy w amazońskiej dżungli wpadają w ręce kanibali – ale to, co działo się na planie. W imię chorego "realizmu" Deodato dopuścił się autentycznego zabijania zwierząt. Widzimy zabijanie wielkiego żółwia, małpy, świni czy wiewiórki. Te sceny nie są symulacją – to prawdziwa śmierć, sfilmowana dla taniej sensacji. Jako człowiek, który ceni życie w każdej formie, nie mogę przejść obojętnie wobec takiego barbarzyństwa. To nie jest sztuka, to nie jest wizja – to sadyzm pod pretekstem kreatywności. Reżyser tłumaczył się, że chciał pokazać "surową rzeczywistość", ale czy rzeczywistość wymaga mordowania niewinnych stworzeń dla uciechy widzów? Ja musiałem odwracać wzrok, by na to nie patrzeć, a niejeden sadystyczny horror już widziałem.
Nie mniej bulwersujące są sceny przemocy wobec ludzi – w szczególności realistyczne gwałty, które mają szokować, ale w efekcie jedynie odpychają. Są tak nakręcone, że aż się zastanawiasz, czy aktorzy nie błagali o przerwę. Deodato chwalił się, że jego film jest tak autentyczny, że niektórzy uwierzyli, iż aktorzy naprawdę zginęli. Ale co z tego? Czy granica między fikcją a rzeczywistością usprawiedliwia epatowanie widzów taką traumą? Te sceny nie niosą żadnego przesłania.Pytanie, czy taki film powinien być publicznie wyświetlany, jest trudne. Z jednej strony wolność artystyczna to fundament kultury, a cenzura zawsze budzi niepokój. Z drugiej – czy wolność twórcy obejmuje prawo do zabijania żywych istot i promowania nihilistycznej przemocy? Cannibal Holocaust nie jest dziełem, które edukuje czy skłania do debaty – to curiosum dla miłośników ekstremalnych wrażeń, którzy szukają adrenaliny w cudzym bólu. Moim zdaniem, takie filmy nie powinny być zakazane, ale ich dystrybucja powinna być ograniczona do zamkniętych pokazów dla tych, którzy świadomie chcą zmierzyć się z tym koszmarem – i to z wyraźnym ostrzeżeniem o tym, co ich czeka.
Deodato przekroczył granicę, za którą nie ma już sztuki, a jedynie pustka i moralny upadek. Cannibal Holocaust to nie jest film, który zasługuje na miejsce w historii kina – to pomnik ludzkiej bezmyślności i okrucieństwa, który lepiej byłoby zapomnieć, a wszystkie kpie wyrzucić do śmietnika, a najlepiej spalić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz