"Różowe Pelikany” (Pink Flamingos USA 1972) Johna Watersa to nie jest film, który ogląda się dla relaksu. To doświadczenie – brudne, wulgarne, momentami odpychające, a jednak przyciągające jak magnes. Sala kinowa warszawskiego Iluzjonu pękała w szwach, a atmosfera była elektryzująca. Skąd ten fenomen? O tym za chwilę, ale najpierw kilka słów o samym filmie i tym, co działo się na ekranie.
Seans otworzył Jakub Demiańczuk, krytyk filmowy, którego wstęp był jak strzał w dziesiątkę. Zamiast akademickiego wykładu o kinie undergroundowym, dostaliśmy soczystą opowieść o tym, jak Waters łamał tabu lat 70., tworząc dzieło, które jednocześnie szokuje i bawi...
Demiańczuk wspomniał o kontekście midnight movies – nocnych seansów, które stały się przestrzenią dla buntowników, dziwaków i tych, którzy mieli dość mainstreamowej papki. I rzeczywiście, siedząc wśród widzów, czułem, że jestem częścią czegoś większego – nie tylko projekcji, ale swoistego rytuału."Różowe Pelikany” to historia Divine, drag queen o pseudonimie Babs Johnson, która walczy o tytuł „najobrzydliwszego człowieka świata”. Fabuła jest pretekstowa, bo tu nie chodzi o narrację, a o to, co Waters serwuje w czasie seansu: sceny pełne fekaliów, brutalnego i wulgarnego seksu, przemocy i absurdalnego humoru. Pamiętna scena z psią kupą, którą Divine zjada z uśmiechem na twarzy, wywołała na sali mieszankę okrzyków obrzydzenia i śmiechu. Nie da się tego oglądać obojętnie – albo cię to odrzuca, albo wciąga w perwersyjną grę reżysera. Ja byłem w tej pierwszej grupie, ale nie mogłem oderwać oczu od ekranu.
Budżet wynosił zaledwie 10 tysięcy dolarów, co widać w każdym kadrze. Ale ta amatorskość działa na jego korzyść. Wulgarność i brak polotu są tu celowe, bo Waters nie chce nas zachwycać, tylko prowokować. Muzyka, kostiumy, dialogi – wszystko jest przerysowane, campowe, a jednak spójne w swojej szalonej wizji. Divine to prawdziwa gwiazda, ikona, która swoją charyzmą trzyma ten chaos w ryzach.No dobrze, ale skąd ten tłum w Iluzjonie? Prawie 200 osób! Dlaczego w 2025 roku ludzie wciąż chcą oglądać coś tak obrzydliwego? Odpowiedź tkwi w fenomenie midnight movies, o którym wspominał Demiańczuk. W latach 70. takie filmy jak "Różowe Pelikany”, "Głowa do wycierania” czy "Rocky Horror Picture Show” były manifestem wolności. Przyciągały tych, którzy szukali alternatywy dla pruderyjnego kina Hollywood. Seanse o północy stały się miejscem spotkań outsiderów, gdzie można było krzyczeć, śmiać się i rzucać w ekran czym popadnie (na szczęście w Iluzjonie nikt nie przyniósł rolek papieru toaletowego). "Różowe Pelikany” to nie tylko film, to kapsuła czasu, która przypomina, że sztuka może być brzydka, a mimo to fascynująca.
Podsumowując: zdecydowanie nie polecam "Różowych Pelikanów”, jeśli masz słaby żołądek albo lubisz kino z klasą. Ale jeśli chcesz zobaczyć, jak daleko można posunąć się w łamaniu zasad – to pozycja obowiązkowa. Doceniam odwagę, ale obrzydzenie wygrało z przyjemnością. A jednak pełna sala w Iluzjonie sprawiły, że zapamiętam ten wieczór na długo. Waters wiedział, co robi – i najwyraźniej wciąż wie, jak przyciągnąć tłumy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz