"Różowe Pelikany” (Pink Flamingos USA 1972) Johna Watersa to nie jest film, który ogląda się dla relaksu. To doświadczenie – brudne, wulgarne, momentami odpychające, a jednak przyciągające jak magnes. Sala kinowa warszawskiego Iluzjonu pękała w szwach, a atmosfera była elektryzująca. Skąd ten fenomen? O tym za chwilę, ale najpierw kilka słów o samym filmie i tym, co działo się na ekranie.
Seans otworzył Jakub Demiańczuk, krytyk filmowy, którego wstęp był jak strzał w dziesiątkę. Zamiast akademickiego wykładu o kinie undergroundowym, dostaliśmy soczystą opowieść o tym, jak Waters łamał tabu lat 70., tworząc dzieło, które jednocześnie szokuje i bawi...