środa, 11 lutego 2026

Zabójcza broń – klasyk policyjnego kina akcji

"Zabójcza broń” (Lethal Weapon USA 1987) to ten rodzaj filmu, który dziś nazywa się „kultowym”, ale w latach 80. był po prostu dobrze zrobionym kinem policyjnym. Bez cudzysłowów, bez ironii, bez potrzeby dopowiadania, że „kiedyś to było”. Było – i działa do dziś.

Wracam do Zabójczej broni z tym samym uczuciem, z jakim wraca się do starych kaset VHS: lekkim sentymentem, ale też ciekawością, czy to jeszcze trzyma się kupy. I trzyma. Może nawet lepiej, niż niejedna współczesna próba reanimacji kina akcji.

To film o dwóch mężczyznach po przejściach, których los wrzuca do jednego radiowozu. Riggs (Mel Gibson) jest rozbity, zdesperowany, balansuje na granicy autodestrukcji. Murtaugh (Danny Glover)– stateczny, rodzinny, zmęczony robotą, w której zbyt często giną ludzie, a zbyt rzadko wygrywa sprawiedliwość. Ten kontrast nie jest sztuczką scenariuszową, tylko fundamentem emocjonalnym całej opowieści. Bez niego nie byłoby ani humoru, ani napięcia, ani finału, który naprawdę coś znaczy.

Richard Donner prowadzi ten film z ręką doświadczonego rzemieślnika. Akcja jest dynamiczna, ale czytelna. Przemoc brutalna, lecz nie fetyszyzowana. Humor wynika z charakterów, nie z gagów. To ważne, bo Zabójcza broń nigdy nie była farsą – nawet wtedy, gdy śmieszy. Pod spodem cały czas pulsuje opowieść o traumie, stracie i męskiej bezradności, której kino lat 80. wcale się nie bało, tylko rzadko nazywało ją wprost.

Dziś szczególnie uderza postać Riggsa. To bohater, którego współczesne kino najpewniej by wygładziło albo obudowało terapią i checklistą poprawności. W 1987 roku pozwolono mu być niewygodnym, niebezpiecznym, czasem wręcz odpychającym. I właśnie dlatego działa – bo jest prawdziwy w swoim bólu, a nie zaprojektowany pod sympatię widza.

Nie zapominajmy też o muzyce. Motyw przewodni Michaela Kamena, z charakterystycznym saksofonem, to dziś znak rozpoznawczy całej serii – melancholijny, nocny, podszyty smutkiem. Idealnie kontruje strzelaniny i pościgi, przypominając, że pod tym policyjnym kinem kryje się historia ludzi, którzy już swoje w życiu stracili.

Zabójcza broń nie jest filmem bez skaz. Fabuła momentami idzie na skróty, czarny charakter bywa jednowymiarowy, a finałowa konfrontacja to klasyczna szkoła "siły i honoru”. Ale to wszystko było wpisane w gatunek – i nadal jest uczciwe wobec widza. Ten film niczego nie udaje. Obiecuje emocje, napięcie i relację dwóch bohaterów. I dowozi.

Dla mnie to jedna z tych staroci, które nie potrzebują restauracji ani ironicznego dystansu. Wystarczy wcisnąć „play”, najlepiej wieczorem, i dać się ponieść kinu, które pamięta czasy, gdy akcja miała wagę, a bohaterowie – rysy.

 


Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga