Są takie filmy, które od pierwszych minut zdradzają, że ambicje miały większe niż możliwości. „Chcę więcej” (Polska 2025) zaczyna się jak opowieść o pokoleniu, które nie chce czekać – chce zarabiać tu i teraz, najlepiej bez konsekwencji. I to jest punkt wyjścia naprawdę nośny, bo przecież takich historii wokół nas nie brakuje.
Poznajemy Marcina, chłopaka zawieszonego gdzieś między dorosłością a wygodnym życiem bez odpowiedzialności, i Hanię, dla której stawka jest dużo wyższa. Jej ojciec ciężko choruje, a leczenie okazuje się kosztowne i – co najważniejsze – w praktyce niedostępne bez ogromnych pieniędzy.
I tu film dotyka czegoś naprawdę bolesnego: momentu, w którym młodzi ludzie zderzają się ze ścianą. Bo kiedy system nie działa tak, jak powinien, kiedy pomoc jest spóźniona albo niewystarczająca, zostaje tylko rozpaczliwa kalkulacja. Ile jesteś w stanie zrobić, żeby uratować bliską osobę?To właśnie ta beznadzieja popycha bohaterów na drogę oszustwa. Nie zaczynają jako cyniczni przestępcy. Zaczynają jako ludzie, którym grunt usuwa się spod nóg. Leczenie kosztuje fortunę, czas ucieka, a państwo – przynajmniej w ich doświadczeniu – nie daje realnej alternatywy. W takiej sytuacji moralność przestaje być oczywista. Pojawia się myślenie: „to tylko raz”, „dla dobra”, „przecież nikogo nie krzywdzimy bardziej niż system nas”. I właśnie w tym miejscu film mógł być naprawdę mocny.
Bo to nie jest tylko historia o przekręcie. To historia o pęknięciu – o świecie, w którym młodzi ludzie zostają postawieni pod ścianą i muszą wybierać między prawem a ratowaniem życia. Tyle że „Chcę więcej” nie potrafi tego ciężaru unieść. Sceny się rozciągają, dialogi brzmią momentami sztucznie, a bohaterowie – choć ich motywacja jest jasna – nie dostają wystarczająco przestrzeni, żebyśmy naprawdę weszli w ich skórę.
Najbardziej boli to, że tu nie ma jednego spektakularnego błędu – to raczej suma drobnych niedociągnięć. Scenariusz nie trzyma rytmu, emocje się rozjeżdżają, a realizacja pozostaje poprawna do bólu. Muzyka nie buduje napięcia, zdjęcia są przezroczyste, a historia, która powinna ściskać za gardło, momentami po prostu przelatuje obok.
I wtedy przychodzi końcówka. Nagle film przypomina sobie, o czym właściwie miał być. O tym, że wszystko zaczęło się od desperacji i potrzeby ratowania życia, ale bardzo szybko zamieniło się w spiralę, z której nie ma łatwego wyjścia. Bo kiedy raz przekroczysz granicę, kolejne przychodzą już łatwiej. Finał jest zaskakująco uczciwy i zostawia widza z pytaniem, które nie daje spokoju: czy w takiej sytuacji w ogóle istnieje dobre wyjście?
Za film odpowiada Damian Matyasik – reżyser i scenarzysta w jednej osobie. I niestety czuć, że zabrakło tu kogoś, kto uporządkowałby tę historię i nadał jej właściwy ciężar. Na ekranie pojawiają się Maciej Musiałowski jako Marcin i Julia Wieniawa jako Hania – oboje robią, co mogą, ale dostają materiał, który ich ogranicza. Swoją klasę trzyma Jan Frycz, a Piotr Stramowski próbuje dodać energii, choć to wciąż za mało, by film naprawdę ożył.
To jedna z tych historii, które aż proszą się o mocne kino – bo punkt wyjścia jest prawdziwy i bolesny. Szkoda tylko, że po drodze ta opowieść gubi ciężar własnego tematu. Zostaje dobra intencja i końcówka, która przypomina coś bardzo starego i bardzo prostego: jeśli system zawodzi, rachunek prędzej czy później i tak zapłaci człowiek.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz