wtorek, 9 czerwca 2026

Szwajcarski Braveheart? Recenzja filmu „Wilhelm Tell”

Są takie filmy historyczne, które ogląda się przede wszystkim dla widowiska. Są też takie, które przypominają, dlaczego pewne narodowe legendy przetrwały setki lat. „Wilhelm Tell” (Niemcy, Szwajcaria, USA, Wielka Brytania, Włochy 2024) należy właśnie do tej drugiej kategorii.

Jako miłośnik kina historycznego od lat wracam do opowieści o ludziach, którzy stawali przeciwko potężniejszym przeciwnikom. Na Horrorowisku pisałem już o wielu filmach osadzonych w realiach przeszłości – od „Kosa”, przez „Napoleona”, po różne produkcje pokazujące przełomowe momenty dziejów. „Wilhelm Tell” wpisuje się w ten nurt opowieści o narodzinach wolności i cenie, jaką trzeba za nią zapłacić.

Akcja filmu przenosi nas do roku 1307. Dzisiejsza Szwajcaria znajduje się pod panowaniem Habsburgów, a niezadowolenie mieszkańców z austriackich rządów rośnie z każdym dniem. Tytułowy bohater jest początkowo człowiekiem, który nie szuka konfliktu. Kiedy jednak pomaga ściganemu zbiegowi, zostaje wciągnięty w wydarzenia prowadzące do otwartego buntu przeciw okupantom. Punktem zwrotnym staje się słynna scena z jabłkiem umieszczonym na głowie jego syna – jeden z najbardziej znanych motywów europejskich legend. Od tego momentu Wilhelm nie walczy już tylko o własną rodzinę, ale o przyszłość całego kraju.

Film Nicka Hamma nie próbuje być akademickim wykładem z historii. Podobnie jak „Braveheart” czy „Robin Hood”, korzysta z historycznej legendy, by opowiedzieć o walce zwykłych ludzi z tyranią. Dla historyków może to być powód do dyskusji, ale dla widza oznacza dwie godziny solidnego, staroświeckiego kina przygodowo-historycznego. I właśnie ten staroświecki charakter uznaję za jedną z największych zalet produkcji.

Największym atutem filmu jest obsada. W rolę Wilhelma Tella wciela się Claes Bang, którego wielu widzów pamięta z „The Square” czy serialu „Dracula”. Bang tworzy bohatera zmęczonego wojną, ale wciąż zdolnego do heroicznych czynów. Jego przeciwnika, bezwzględnego Gesslera, gra Connor Swindells. Na ekranie pojawiają się również Golshifteh Farahani, Jonathan Pryce oraz Ben Kingsley. To właśnie doświadczeni aktorzy sprawiają, że nawet bardziej patetyczne fragmenty filmu pozostają wiarygodne.

Za scenariusz i reżyserię odpowiada Nick Hamm, który oparł film na słynnej sztuce Friedricha Schillera. Widać, że twórca chciał przywrócić do kin gatunek wielkich historycznych widowisk, których dziś powstaje zdecydowanie mniej niż jeszcze kilkanaście lat temu.

Najciekawszy pozostaje jednak kontekst historyczny. Wilhelm Tell jest postacią legendarną, ale dla Szwajcarów jego historia pełni podobną funkcję jak opowieści o Kościuszce dla Polaków. To symbol oporu wobec obcej dominacji i walki o samostanowienie. Film przypomina o początkach szwajcarskiej drogi do niezależności oraz o tym, że współczesna, neutralna i stabilna Szwajcaria nie pojawiła się znikąd. U podstaw jej narodowej tożsamości leży właśnie mit wspólnego oporu przeciw Habsburgom.

Czy „Wilhelm Tell” jest b. dobrym filmem? Nie. Momentami można odnieść wrażenie, że scenariusz zbyt mocno czerpie z klasycznych hollywoodzkich wzorców. Niektóre dialogi brzmią bardziej współcześnie, niż powinny. Jednak jako fan kina historycznego bawiłem się dobrze. To film, który przypomina, że wielkie opowieści o wolności, honorze i walce z niesprawiedliwością nadal mają swoją siłę.

A przede wszystkim przypomina coś jeszcze – że zanim Szwajcaria stała się krajem kojarzonym z bankami, zegarkami i polityczną neutralnością, była miejscem, gdzie ludzie musieli zawalczyć o prawo do decydowania o własnym losie.



 

Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga