sobota, 22 sierpnia 2026

Ostatni dom – kiedy morze postanawia upomnieć się o swoje

Są takie filmy, których pomysł jest zdecydowanie ciekawszy niż jego realizacja. „Ostatni dom” (The Last House Francja, USA, Wielka Brytania 2026) Louisa Leterriera należy właśnie do tej kategorii, choć muszę przyznać, że przez sporą część seansu byłem naprawdę zaciekawiony. Netflix bierze rodzinę, zamyka ją we własnym domu i dorzuca do tego tajemnicze stworzenia z morza, które najwyraźniej postanowiły przypomnieć ludzkości, kto tak naprawdę był na tej planecie pierwszy.

Początek jest całkiem intrygujący. Rodzina zostaje uwięziona w domu, a wyjście na zewnątrz jest niemożliwe. Zaczyna się więc klasyczna walka o przetrwanie: kończą się zapasy, pojawiają się konflikty, a zwykły dom stopniowo przestaje być bezpiecznym schronieniem. Jest w tym coś z kina katastroficznego, survivalu i horroru w jednym.

Najciekawsze są oczywiście stworzenia z morza. I tutaj film ma naprawdę niezły pomysł. Nie mamy kolejnych kosmitów przylatujących z odległej galaktyki, tylko istoty związane z oceanem, które wychodzą na ląd i zaczynają rozprawiać się z ludźmi. Można to odczytać jako bardzo dosłowną opowieść o tym, że natura w końcu wystawia człowiekowi rachunek za lata jej eksploatowania. To my zachowujemy się jak intruzi, więc nagle role się odwracają.

I właśnie ten ekologiczny podtekst podobał mi się najbardziej. Człowiek przez lata traktował morza i oceany jak własne śmietniki, a tutaj morze odpowiada: „Dobra, teraz moja kolej”. Pomysł jest prosty, ale całkiem efektowny.

Problem zaczyna się wtedy, kiedy film musi odpowiedzieć na pytanie: dlaczego właściwie te stworzenia robią to wszystko? I tu scenariusz zaczyna się mocno chwiać. Im bliżej końca, tym więcej pojawia się rozwiązań, które trudno traktować całkiem poważnie.

Szkoda, bo „Ostatni dom” ma atmosferę, kilka naprawdę niezłych scen i interesujący punkt wyjścia. Greta Lee i Wagner Moura robią, co mogą, żeby nadać swoim bohaterom wiarygodność, a zamknięcie niemal całej historii w jednym domu działa na korzyść filmu. Jest klaustrofobicznie i momentami naprawdę nieprzyjemnie.

Tyle że im dalej w las, a właściwie im wyżej podnosi się poziom wody, tym bardziej film zamienia się w mieszankę poważnego horroru, ekologicznej przypowieści i trochę zbyt naiwnej bajki o tym, że nawet podczas apokalipsy warto być dobrym dla potwora.

Nie jest to zły film. Wręcz przeciwnie – pomysł na zemstę morskich stworów na ludzkości jest na tyle ciekawy, że przez jakiś czas skutecznie mnie kupił. Tyle że „Ostatni dom” pokazuje również, jak trudno dowieźć dobry pomysł do końca. Tutaj początek obiecuje więcej, niż później scenarzyści są w stanie dostarczyć.

Ciekawe stworzenia, niezły klimat, interesujący ekologiczny motyw i kilka naprawdę dobrych momentów. Szkoda tylko, że pod koniec wszystko zaczyna się rozłazić.



Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga