czwartek, 20 sierpnia 2026

Jack Ryan, którego pamiętam, już nie wróci

Kiedyś namiętnie czytałem Toma Clancy’ego. Jego powieści były dla mnie czymś więcej niż tylko sprawnie napisanymi thrillerami – miały klimat, szczegółowość i ten charakterystyczny techniczny realizm, który sprawiał, że człowiek naprawdę wchodził w świat szpiegów, agentów i wielkiej polityki. A Jack Ryan był jednym z moich ulubionych bohaterów.

Z czasem jednak Clancy zaczął bardziej produkować książki niż je pisać, a ja straciłem zainteresowanie kolejnymi tomami. Dlatego do filmu "Tom Clancy: Jack Ryan - Wojna duchów" (USA 2026 Jack Ryan: Ghost War) podchodziłem trochę z sentymentem, ale też z ostrożnością.

I chyba właśnie ten sentyment sprawił, że chciałem, żeby ten film był lepszy.

Nie jest zły. Ba, momentami ogląda się go całkiem przyjemnie. Jest trochę szpiegowania, trochę polityki, trochę akcji i oczywiście Jack Ryan próbujący uratować świat, zanim świat zdąży się zorientować, że znowu jest w tarapatach. Problem w tym, że całość jest dość przewidywalna, a przede wszystkim… trochę nudna.

Największym problemem jest dla mnie sam Jack Ryan. Powinien być bohaterem, któremu chce się kibicować, inteligentnym facetem wrzuconym w sytuację, która przerasta jego dotychczasowe doświadczenia. Tymczasem tutaj trudno poczuć do niego większe emocje. Jest poprawny, kompetentny, ale brakuje mu charakteru. Nie jest to ten Jack Ryan, którego pamiętam z książek Clancy’ego.

Film ma swoje momenty, ale zdecydowanie bardziej przypomina sprawnie wykonany produkt szpiegowski niż opowieść, która zostaje w głowie na dłużej.

Szkoda, bo potencjał był spory. Może po prostu za bardzo pamiętam Jacka Ryana z czasów, kiedy Tom Clancy rzeczywiście pisał swoje książki, a nie tylko firmował kolejne produkcje swoim nazwiskiem.

Niezły film, ale bez większych emocji. Dla mnie bardziej sentymentalny powrót do dawnego bohatera niż naprawdę udana próba jego ożywienia.




Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga