Siódmy sezon (Black Mirror Wielka Brytania 2025) jest pod tym względem wyjątkowo mocny. Sześć historii, sześć różnych pomysłów, a wspólny mianownik pozostaje ten sam: technologia sama w sobie nie jest największym zagrożeniem. Największym zagrożeniem jest człowiek, który dostaje do ręki nowe narzędzie i natychmiast zaczyna zastanawiać się, jak można na nim zarobić.
I właśnie dlatego pierwszy odcinek, „Zwyczajni ludzie”, uważam za najlepszy w całym sezonie.
„Zwyczajni ludzie” – medycyna, która ma cennik
To jeden z tych odcinków „Czarnego lustra”, po których nie wiadomo, czy bardziej być przerażonym, czy wściekłym.
Amanda nagle potrzebuje ratunku. Jej mąż Mike robi więc to, co zrobiłby chyba każdy człowiek w podobnej sytuacji – próbuje znaleźć sposób, żeby uratować ukochaną osobę. Pojawia się technologia Rivermind, która pozwala utrzymać ją przy życiu. Problem w tym, że nie jest to cud medycyny dostępny dla każdego. To usługa. A właściwie abonament. I jak to z abonamentami bywa – podstawowa wersja szybko okazuje się niewystarczająca.
Brooker bierze tutaj coś, co znamy z życia aż za dobrze, i doprowadza do granicy absurdu.
Płacisz więcej – dostajesz lepszą usługę.
Nie płacisz – zaczynają się problemy.
Chcesz więcej – wykup wyższy pakiet.
A jeśli nie masz pieniędzy? Cóż… może trzeba będzie z czegoś zrezygnować.
Tyle że tym razem nie chodzi o szybszy internet, dodatkowe miejsce w chmurze czy dostęp do filmu bez reklam. Chodzi o życie człowieka.
I właśnie tutaj „Czarne lustro” robi się naprawdę przerażające.
Nie dlatego, że technologia jest nieprawdopodobna. Wręcz przeciwnie. Cała siła tego odcinka polega na tym, że jego świat wydaje się boleśnie możliwy. Medycyna już dziś jest ogromnym biznesem, koncerny farmaceutyczne są potężnymi przedsiębiorstwami, a nowe technologie coraz częściej wchodzą w obszary, które jeszcze niedawno wydawały się domeną lekarzy, a nie działów marketingu.
Brooker stawia więc bardzo proste pytanie: co się stanie, kiedy życie człowieka stanie się usługą abonamentową?
I nie daje szczególnie pocieszającej odpowiedzi.
Najgorsze jest to, że firma wcale nie musi być przedstawiona jako organizacja złożona z potworów. Wystarczy, że działa zgodnie z logiką biznesu. Ma klientów, koszty, przychody, pakiety, regulaminy i promocje. Wszystko jest legalne, wszystko jest zapisane drobnym drukiem.
A człowiek?
Człowiek jest klientem.
To jeden z najbardziej gorzkich odcinków „Czarnego lustra”, jakie widziałem. I jednocześnie jeden z najlepszych. Jest w nim coś więcej niż technofobia. To opowieść o nierównościach, desperacji i o tym, jak łatwo można wykorzystać człowieka, który zrobi wszystko, żeby ratować kogoś bliskiego.
I właśnie dlatego ten odcinek tak mocno działa. Nie trzeba wymyślać robotów mordujących ludzi. Wystarczy połączyć nowoczesną technologię z bezwzględnym marketingiem.
Resztę dopiszemy sobie sami.
„Bête Noire” – kiedy rzeczywistość przestaje być rzeczywistością
Drugi odcinek skręca w stronę psychologicznego thrillera. Maria spotyka dawną znajomą, Verity, i bardzo szybko zaczyna mieć wrażenie, że z rzeczywistością dzieje się coś dziwnego. Co gorsza, wygląda na to, że tylko ona dostrzega problem.
To klasyczne „Czarne lustro”: bohaterka wie, że coś jest nie tak, ale im bardziej próbuje przekonać innych, tym bardziej sama zaczyna wyglądać jak osoba, która traci kontakt z rzeczywistością.
Odcinek bawi się naszym poczuciem pewności. Czy można ufać własnym wspomnieniom? Własnym oczom? A przede wszystkim – własnemu przekonaniu, że coś wydarzyło się właśnie tak, jak pamiętamy?
Nie jest to mój numer jeden sezonu, ale pomysłowości Brookerowi trudno odmówić.
„Hotel Reverie” – Hollywood, AI i miłość
Trzeci odcinek jest chyba najbardziej przewrotny.
Hollywood dostaje technologię, która pozwala aktorce wejść do niezwykle realistycznego świata klasycznego filmu. Brandy Friday trafia do remake'u starego romansu i szybko okazuje się, że w tej rzeczywistości obowiązują bardzo konkretne zasady. Jeśli chce wrócić do prawdziwego świata, musi trzymać się scenariusza.
To świetny pretekst do zabawy zarówno sztuczną inteligencją, jak i samym Hollywood.
Bo jeśli można stworzyć niemal idealną rzeczywistość filmową, to gdzie kończy się aktorstwo, a zaczyna prawdziwe przeżywanie emocji?
I czy za chwilę naprawdę będziemy potrzebowali aktorów, skoro można będzie stworzyć ich cyfrowe odpowiedniki?
„Hotel Reverie” jest bardziej melancholijny niż przerażający. I dobrze. „Czarne lustro” od dawna udowadnia, że potrafi nie tylko straszyć, ale także wzruszać.
„Bawidełko” – gra, która nie chce się skończyć
Czwarty odcinek zaczyna się jak kryminał. Cameron, ekscentryczny samotnik z obsesją na punkcie tajemniczej gry komputerowej z lat 90., zostaje zatrzymany w związku z niewyjaśnioną sprawą. Podczas przesłuchania policja odkrywa, że jego fascynacja starą grą może mieć znacznie większe znaczenie, niż ktokolwiek przypuszczał.
To chyba najbardziej „geekowski” odcinek sezonu.
I jednocześnie kolejny dowód na to, że Brooker lubi wracać do swoich wcześniejszych pomysłów i łączyć poszczególne elementy świata „Czarnego lustra”. Pojawiają się zresztą Will Poulter i Asim Chaudhry, znani z „Bandersnatcha”.
Pomysł jest bardzo dobry, choć nie wszystko działa tutaj równie mocno jak w pierwszym odcinku.
„In memoriam” – można wejść do wspomnień
Piąty odcinek to z kolei najbardziej osobista historia sezonu.
Specjalna technologia pozwala dosłownie wejść w fotograficzne wspomnienia z przeszłości. Sam pomysł jest fascynujący, ale Brooker jak zwykle szybko pokazuje, że możliwość ponownego przeżywania przeszłości wcale nie musi być błogosławieństwem.
Zwłaszcza kiedy przeszłość dotyczy osoby, którą straciliśmy.
Paul Giamatti dostaje tutaj materiał, w którym nie musi niczego wielkiego udowadniać. Wystarczy, że jest na ekranie.
To odcinek o pamięci, żalu, samotności i o tym, że czasami chcielibyśmy cofnąć się do przeszłości nie po to, żeby coś zmienić, ale żeby jeszcze raz zobaczyć człowieka, którego już z nami nie ma.
I chyba właśnie dlatego „In memoriam” zostaje w głowie.
„USS Callister: W głąb Infinity” – powrót, którego się bałem
Z kontynuacjami jest problem. Zwłaszcza kiedy pierwsza część była świetna.
„USS Callister” z czwartego sezonu należał do najbardziej pamiętnych odcinków serialu. Powrót do tego świata był więc ryzykownym pomysłem. Na szczęście Brooker nie próbuje po prostu powtórzyć starego numeru.
Nanette Cole i załoga USS Callister znów muszą zmierzyć się z problemami, mimo że Robert Daly nie żyje. Tym razem historia rozrasta się w kierunku większej, bardziej widowiskowej opowieści o cyfrowych światach, sztucznej inteligencji i prawach istot, które – przynajmniej teoretycznie – nie powinny nawet istnieć.
Nie jest to mój ulubiony odcinek sezonu, ale doceniam, że twórcy nie potraktowali go wyłącznie jako nostalgicznego powrotu.
I znowu to samo pytanie: czy to jeszcze science fiction?
Największą zaletą siódmego sezonu „Czarnego lustra” jest dla mnie właśnie to, że Brooker nie próbuje już szokować samą technologią.
Bo co nas dzisiaj może naprawdę zaskoczyć?
Sztuczna inteligencja? Już jest.
Cyfrowe kopie ludzi? Pracujemy nad nimi.
Wirtualne światy? Są.
Algorytmy decydujące o tym, co oglądamy, kupujemy i czego słuchamy? Codzienność.
Technologia pozwalająca coraz bardziej ingerować w ludzkie ciało? To także nie jest już fantazja.
Dlatego najlepsze odcinki „Czarnego lustra” nie pokazują przyszłości, która wydaje się odległa o sto lat. Pokazują świat, który może nadejść za kilka, kilkanaście lat. A czasami taki, który właściwie już istnieje, tylko jeszcze nie został doprowadzony do ekstremum.
I dlatego pierwszy odcinek jest tak mocny.
Bo nie przeraża mnie wizja, że kiedyś komputer będzie myślał jak człowiek.
Bardziej przeraża mnie wizja świata, w którym komputer będzie pomagał człowiekowi wystawić fakturę za możliwość przeżycia kolejnego dnia.
Siódmy sezon „Czarnego lustra” nie jest równy – trudno zresztą oczekiwać tego od antologii – ale trzyma bardzo wysoki poziom. Są tu historie bardziej widowiskowe, są bardziej emocjonalne, są też takie, które podobają się mniej.
Najważniejsze jednak, że po raz kolejny dostajemy serial, który nie tylko opowiada historie o przyszłości.
On ostrzega nas przed teraźniejszością.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz