niedziela, 1 marca 2026

Smolarz – powrót do mroku, który dobrze już znamy

Są takie serie, do których wraca się trochę jak do starych kaset VHS – może już lekko przetartych, może z charakterystycznym szumem, ale za to z klimatem, którego nie da się podrobić. I dokładnie tak jest z kolejnymi odsłonami cyklu autorstwa Przemysław Piotrowski. Smolarz (Czarna owca 2024) to nie jest literacka rewolucja – i bardzo dobrze. To konsekwentne rozwijanie świata, który czytelnicy zdążyli już dobrze poznać i… polubić, choć przecież nie jest to świat przyjazny.

Znajome piekło, nowe ognie

Jeśli czytaliście wcześniejsze części – a na Horrorowisku już o nich pisałem – to wiecie, że u Piotrowskiego nie ma miejsca na półśrodki. Brutalność, napięcie i ta specyficzna, ciężka atmosfera moralnego rozkładu wracają tu w pełnej krasie.

Smolarz wpisuje się w ten schemat, ale robi coś jeszcze – pogłębia. To nie jest już tylko gra w kotka i myszkę. To bardziej zejście w głąb – w psychikę bohaterów, w motywacje, w to, co sprawia, że granica między łowcą a ofiarą zaczyna się niebezpiecznie zacierać.

I tu Piotrowski robi robotę, którą w polskim thrillerze nadal robi niewielu: nie boi się zostawić czytelnika z dyskomfortem.

Bohaterowie, którzy nie chcą dać o sobie zapomnieć

Największą siłą tej serii – i Smolarza również – pozostaje główny bohater. To postać, którą albo się kupuje od pierwszych stron, albo wcale. U mnie ten kredyt zaufania został przyznany już dawno i autor go nie przepala.

Co ważne – nie ma tu stagnacji. Postacie się zmieniają, ewoluują, czasem w kierunku, który niekoniecznie nam się podoba. I dobrze. Bo życie też rzadko układa się pod czytelnika.

Klimat – duszny, lepki, skuteczny

Piotrowski od początku gra klimatem i w Smolarzu robi to nadal bardzo świadomie. Jest brudno, jest ciężko, jest momentami wręcz klaustrofobicznie. To nie jest książka do poduszki – to raczej lektura na wieczór, po której trzeba jeszcze chwilę posiedzieć w ciszy.

Czuć tu też doświadczenie autora – tempo jest lepiej wyważone niż w niektórych wcześniejszych częściach, napięcie budowane bardziej precyzyjnie, bez niepotrzebnych fajerwerków.

W kontekście serii – krok dalej, nie w bok

W moich wcześniejszych tekstach o tej serii zwracałem uwagę, że Piotrowski potrafi utrzymać poziom, ale momentami balansuje na granicy powtarzalności. Smolarz jest odpowiedzią na te obawy.

To nadal ten sam świat, ale z wyraźnym ruchem do przodu. Autor nie resetuje historii – rozwija ją. I to jest coś, co w dłuższych cyklach wcale nie jest oczywiste.

A przed nami… kolejny rozdział


I tu dochodzimy do najciekawszego – bo Smolarz nie zamyka drzwi. Wręcz przeciwnie. Zostawia je uchylone, i to na tyle szeroko, że trudno nie myśleć o tym, co dalej.

Tym bardziej, że na horyzoncie widać już premierę kolejnej części. I jeśli Piotrowski utrzyma ten kierunek – a wszystko na to wskazuje – to możemy być spokojni: ta historia jeszcze długo się nie wypali.

Podsumowanie

Smolarz to książka, która nie próbuje być czymś, czym nie jest. Nie udaje literatury wysokiej, nie sili się na filozofię na pokaz. Zamiast tego daje czytelnikowi dokładnie to, czego oczekuje od dobrego thrillera:

napięcie

wyraziste postacie

mrok, który zostaje na dłużej

A przy okazji robi coś więcej – rozwija serię w sposób, który daje nadzieję, że najlepsze może być dopiero przed nami.

I powiem tak: jeśli ktoś jeszcze nie wszedł w ten cykl, to trochę zazdroszczę. Bo ma przed sobą całą tę podróż. A jeśli już jesteście w środku – Smolarz tylko utwierdzi was w przekonaniu, że warto było zostać.


Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga