niedziela, 17 maja 2026

Vabank 2 – recenzja kultowej komedii kryminalnej Juliusza Machulskiego

Są takie filmy, które pachną epoką bardziej niż niejedna kronika filmowa. Vabank II, czyli riposta (Polska 1984) to właśnie taki przypadek. Kino, które dziś ogląda się nie tylko dla fabuły, ale także dla atmosfery – tej lekko zadymionej, podszytej jazzem, eleganckiej Warszawy lat 30., gdzie nawet oszustwo miało klasę, a zemsta smakowała jak dobra kawa w "Adrii".

Vabank II, czyli riposta to przykład sequela, który nie rozmienia sukcesu pierwszej części na drobne. To rzecz dziś niemal niewyobrażalna – kontynuacja, która nie tylko dorównuje oryginałowi, ale momentami wydaje się jeszcze bardziej pewna siebie. Juliusz Machulski nie poprawia tu na siłę tego, co działało wcześniej. On po prostu wraca do swoich bohaterów i pozwala im dalej grać ten sam koncert, tylko z jeszcze większym luzem.

Największą siłą filmu pozostaje klimat. Machulski nakręcił kino, które z jednej strony jest kryminałem i komedią, a z drugiej – nostalgicznym listem miłosnym do przedwojennego kina i miejskiej legendy Warszawy. To film z epoki, kiedy dialogi miały rytm, bohaterowie mieli styl, a humor nie polegał na wrzasku i przekleństwach. Dziś ogląda się to trochę jak wizytę w świecie, którego już nie ma – i może właśnie dlatego działa tak dobrze.

Genialny jest tu oczywiście Jan Machulski. Jego Henryk Kwinto ma w sobie elegancję starego cwaniaka i melancholię człowieka, który wie, że świat powoli się kończy. Machulski senior gra oszczędnie, bez aktorskich fajerwerków, ale każda scena z jego udziałem ma ciężar i klasę. To jedna z tych ról, których nie da się podrobić.

Świetnie partneruje mu Leonard Pietraszak jako Kramer – człowiek śliski, cwany, pozornie nietykalny. Pietraszak stworzył antagonistę, którego jednocześnie trudno nie lubić. W jego wykonaniu Kramer nie jest zwykłym czarnym charakterem. To bardziej przedstawiciel ginącego świata finansowych kombinatorów, którzy zawsze mają plan awaryjny… aż do czasu.

Drugoplanowo błyszczą także Witold Pyrkosz, Jacek Chmielnik czy Beata Tyszkiewicz. Każdy z nich wnosi do filmu coś charakterystycznego. Nie ma tu przypadkowych twarzy. Nawet epizody mają smak dawnego polskiego kina.

Ogromną robotę wykonuje muzyka autorstwa Henryka Kuźniaka. Jazzowe motywy są tu właściwie osobnym bohaterem filmu. To właśnie one budują napięcie, elegancję i ten specyficzny „sznyt”, dzięki któremu Vabank II ogląda się bardziej jak amerykańskie kino retro niż typową polską produkcję z lat 80. Kuźniak stworzył ścieżkę dźwiękową absolutnie kultową.

Warto też pamiętać, że film powstawał w czasach siermiężnego PRL, a mimo to wyglądał jak kino z zupełnie innego świata. Bez komputerowych efektów, bez wielkich budżetów, ale z pomysłem, dialogiem i aktorami, którzy potrafili zagrać spojrzeniem więcej niż dziś niejeden bohater przez cały serial streamingowy.

I może właśnie dlatego Vabank II się nie starzeje. Bo to film zrobiony po staremu – rzemieślniczo, precyzyjnie, z miłością do kina. Takie produkcje przypominają, że dawniej nawet rozrywkowe kino miało charakter. A riposta Kwinty po ponad 40 latach nadal trafia idealnie. Ale oczywiście bezskuteczna!

 


Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga