piątek, 9 stycznia 2026

"Kandydat” Jakuba Żulczyka jako political fiction aż nazbyt rozpoznawalne

Książka Jakuba Żulczyka ukazała się tuż przed ubiegłorocznymi wyborami prezydenckimi i była czytana jak literacka prowokacja. Dziś widać wyraźniej, że "Kandydat" nie był komentarzem do jednej kampanii, lecz opowieścią o mechanizmie władzy, który w Polsce działa niezależnie od nazwisk, barw partyjnych i aktualnych haseł.
 

"Kandydat” Jakuba Żulczyka (Świat książki 2025) to political fiction, które nie udaje, że mówi o świecie abstrakcyjnym. To powieść osadzona bardzo blisko rzeczywistości – tej znanej z kampanijnych autobusów, zamkniętych spotkań sztabów, nerwowych konferencji i sondaży śledzonych jak kursy walut.



Oś fabularna jest prosta i zarazem bezlitosna: obserwujemy proces wynoszenia na szczyt człowieka, który ma zostać prezydentem. Nie dlatego, że jest najlepszy, najmądrzejszy czy najbardziej kompetentny, lecz dlatego, że w odpowiednim momencie okazał się użyteczny. Kandydat staje się projektem — zlepkiem oczekiwań, lęków elektoratu, interesów zaplecza i medialnych narracji. Im dalej trwa kampania, tym mniej jest w niej człowieka, a więcej funkcji do odegrania.

Żulczyk pokazuje politykę od środka: relacje w sztabie, napięcia między wizerunkiem a rzeczywistością, cynizm ludzi, którzy wiedzą, że nie sprzedają programu, tylko emocje. To książka o władzy jako procesie odczłowieczania — nie tylko tego, kto ma wygrać, ale także tych, którzy mu w tym pomagają.

I teraz rzecz kluczowa: „Kandydat” działa tak mocno, bo bez najmniejszego wysiłku można w bohaterach rozpoznać głównych graczy polskiej sceny politycznej. Nie są to proste kalki ani literackie paszkwile. To raczej portrety złożone z cech, gestów, języka i reakcji, które wszyscy znamy z pierwszych stron portali i z wieczorów wyborczych. Czytelnik łapie się na tym, że zaczyna przypisywać postaciom konkretne nazwiska — i właśnie w tym tkwi siła tej powieści.

Żulczyk nie pisze publicystyki. Nie stawia tez wprost, nie moralizuje, nie prowadzi czytelnika za rękę. Zamiast tego pozwala obserwować, jak polityka i media pożerają własnych bohaterów, a kampania staje się maszyną, której nie da się już zatrzymać, nawet jeśli wszyscy widzą, dokąd zmierza.

Zakończenie jest zaskakujące, ale nie efektowne. Nie ma tu fajerwerków ani tanich zwrotów akcji. Jest coś znacznie gorszego — poczucie, że to, co się wydarzyło, było logiczną konsekwencją wszystkiego, co wcześniej. I że w realnej polityce często kończy się bardzo podobnie.

„Kandydat” to dobra, mądra powieść political fiction. Taka, która nie starzeje się wraz z kolejnym cyklem wyborczym, bo nie opowiada o jednej elekcji, lecz o systemie, który regularnie produkuje nowych kandydatów — i rzadko interesuje się tym, co z nimi będzie po zwycięstwie.

To nie jest książka o tym, kto wygra wybory. To książka o tym, dlaczego po każdych wyborach czujemy, że znów ktoś wygrał kosztem wszystkich.


 

Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga