Gdy w listopadzie i grudniu 2025 roku Netflix zaczął wypuszczać kolejne części piątego sezonu Stranger Things, poczułem to jak powrót do domu, którego nie odwiedza się za często — ale który cały czas tam stoi, wraz z zapachem lat 80. i z tą samą, odrobinę kurzącą się magią.
Odcinki pojawiały się etapami: pierwsze cztery w listopadzie, kolejne trzy w świątecznym klimacie Bożego Narodzenia, a finałowy epizod „The Rightside Up” trafił na platformę tuż przed Nowym Rokiem — dosłownie zamykając dekadę, jaką ten serial spędził w sercach widzów.
Powrót do Hawkins i osobiste spojrzenie
Przed seansem piątej części zrobiłem coś, co polecam każdemu fanowi: z synem obejrzeliśmy wszystkie cztery poprzednie sezony jeszcze raz. To odświeżenie, choć już widziane wcześniej, okazało się świetnym pretekstem, by zauważyć, jak bardzo aktorzy i ich postacie dorastali na naszych oczach. Millie Bobby Brown, Finn Wolfhard, Gaten Matarazzo, Noah Schnapp i Caleb McLaughlin — wszyscy wyszli z ról dzieciaków z rowerami i walk o przetrwanie w Hawkins, by stać się aktorami świadomymi własnych narastających emocji i ciężaru historii, którą opowiadają. To było widać nie tylko w ekranowej chemii, ale też w ich wystąpieniach poza planem — wywiadach i relacjach z fanami, gdzie często wspominają, jak bardzo ta produkcja zmieniła ich życie i kariery.
Muzyka — spoiwo czasu i nastroju
To, co też bardzo mnie pociągało w Stranger Things, to muzyczne tło jako wehikuł wspomnień. Serial nie traktuje utworów z lat 80. jak dźwiękowego tapety, ale jak narzędzie narracji emocji. Syntezatory i klasyczne gitarowe riffy splotły się z mitologią Hawkins, bardziej trafiając prosto do pamięci mięśniowej niż do słuchu. Ścieżka dźwiękowa z poprzednich sezonów była już sama w sobie playlistą wspomnień z BMX-ów i kaset magnetofonowych — a w sezonie piątym ta tradycja została podtrzymana, choć w bardziej dojrzałym, niejednokrotnie cięższym tonie, idealnie podkreślając przejście od dziecięcej przygody do młodzieńczej konfrontacji z rzeczywistością.
To nie tylko nostalgiczne echo epoki — to energia tamtych lat, która wciąż potrafi poruszyć widza dorosłego i młodszego.
Mocniej, mroczniej, bardziej osobiste
Co do fabuły — piąty sezon nie stroni od epickich momentów. Bywa, że w połowie ścieżki narracyjnej mamy wrażenie, iż twórcy bardziej kombinują fabularnie niż w sezonach wcześniejszych — jakby chcieli upchnąć w finalnej odsłonie jak najwięcej motywów, emocji i efektownych sekwencji. I w istocie wiele z nich działa świetnie, choć momentami może wydawać się, iż historia na siłę próbuje łączyć wątki, które w naturalnym rytmie powinny się rozwinąć klarowniej.
A co po sezonie piątym?
Netflix i twórcy już dawno sugerowali, że sezon 5 miał być finałowy. Głos aktorów i oficjalne komunikaty jasno zaznaczały, że ta część zamyka opowieść — choć równocześnie uniwersum serialu będzie żyło dalej w innych formach, jak spin-offy czy adaptacje.
Nie wiem, czy sezon szósty kiedykolwiek powstanie — choć życzę tego fanom i twórcom. Jednak piąty sezon Stranger Things daje poczucie zamknięcia, pełnej pętli narracyjnej, która zaczyna się i kończy w Hawkins, ale rezonuje daleko poza fikcyjne miasto.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz