Są takie filmy, do których wraca się jak do dobrze znanej kasety VHS – trochę z sentymentu, trochę dla czystej przyjemności. "Mumia" (The Mummy USA 1999) to właśnie taki przypadek. Kino przygodowe z domieszką horroru, które nie udaje niczego więcej, niż jest – i może właśnie dlatego działa do dziś.
To opowieść stara jak świat – przeklęta miłość, zemsta zza grobu i grupa śmiałków, którzy wpakowali się tam, gdzie nie powinni. Mumia zaczyna się jak klasyczna awanturnicza historia: jest tajemnicze miasto Hamunaptra, są poszukiwacze skarbów, jest wreszcie coś, co absolutnie nie powinno zostać obudzone.
I oczywiście – zostaje.
Fabuła nie próbuje być przesadnie skomplikowana. To raczej sprawnie opowiedziana historia, w której kolejne elementy układanki wpadają na swoje miejsce. Tempo jest żywe, a klimat – gdzieś między pulpą a klasyką. Trochę straszy, częściej bawi, a momentami po prostu daje frajdę, jakiej dziś w blockbusterach coraz mniej.
Największą siłą filmu jest jego bezpretensjonalność. To kino, które wie, czym chce być – spadkobiercą ducha Indiany Jones'a, tylko bardziej rozrywkowym, bardziej "na luzie".
Brendan Fraser jako Rick O’Connell ma w sobie ten oldschoolowy urok – trochę zawadiaka, trochę bohater z przymrużeniem oka. Obok niego świetna Rachel Weisz, która wnosi do filmu energię i inteligencję, a nie tylko rolę "dziewczyny bohatera". No i jest jeszcze Arnold Vosloo jako Imhotep – przeciwnik, który mimo upływu lat wciąż robi wrażenie.
Efekty specjalne? Dziś momentami widać ich wiek, ale… mają duszę. To jeszcze czasy, gdy CGI nie zjadało wszystkiego, a twórcy próbowali balansować między komputerem a praktyką. Dzięki temu film nie starzeje się tak źle, jak wiele późniejszych produkcji.
Nie sposób nie wspomnieć o ścieżce dźwiękowej. Jerry Goldsmith zrobił tu robotę, która idealnie podbija klimat – jest patos, jest tempo, jest przygoda. To jedna z tych muzycznych ilustracji, które pamięta się długo po seansie.
🧭 Dlaczego wraca się do „Mumii”?
Bo to film z czasów, gdy kino przygodowe miało w sobie lekkość. Bez nadęcia, bez moralizowania na siłę, bez przesady w efektach. Jest tu miejsce na humor, na napięcie, na bohaterów, których po prostu lubi się oglądać.
"Mumia" to film, który nie udaje arcydzieła – i dzięki temu wygrywa. Ma w sobie coś z dawnych czasów: przygodę, rytm, bohaterów z krwi i kości. Wraca się do niego jak do starego znajomego. Może nie zaskoczy, ale za to nigdy nie zawiedzie.
I wiesz co? Czasem dokładnie o to chodzi.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz