Powrót do Świnoujścia po kilku latach nie jest sentymentalną podróżą. To raczej wejście w ten sam świat, tylko jeszcze bardziej wychłodzony, bardziej obojętny, jakby ktoś przykręcił temperaturę emocji i zostawił bohaterów samych sobie.
Drugi sezon Klangoru (Polska 2026) nie udaje, że chce być kontynuacją w klasycznym sensie. To raczej nowa historia w tym samym miejscu – z innymi bohaterami, innym ciężarem i innym środkiem ciężkości. Twórcy świadomie odcinają się od pierwszej serii i robią coś na kształt antologii. Ryzykowny ruch, ale przynajmniej uczciwy.
Tym razem w centrum jest Helena Zdun (Małgorzata Gorol) - kobieta wracająca do Świnoujścia, by odbudować relację z córką. Problem w tym, że ta znika niemal natychmiast, a wokół zaczyna się rozlewać historia, w której prywatny dramat szybko splata się z przemocą, półświatkiem i więziennymi układami.
I to jest moment, w którym Klangor robi coś najważniejszego — pokazuje, że w Polsce wciąż można zrobić dobry, mroczny serial, który nie idzie na skróty i nie próbuje przypodobać się każdemu.
Bo owszem – to nadal kryminał. Jest zaginięcie, jest śledztwo, są kolejne tropy. Ale to wszystko schodzi na drugi plan. Najważniejsze stają się relacje: rodzinne, pokrzywione, pełne pretensji i przemilczeń. Drugi sezon jest wyraźnie bardziej psychologiczny, mniej „fabularny”, bardziej duszny niż dynamiczny.
I tu zaczynają się schody.
Z jednej strony – klimat. Świnoujście znowu działa. To miejsce zawieszone między światami, trochę jak bohaterowie, którzy próbują się wyrwać, ale nie bardzo mają dokąd. Muzyka, zdjęcia, cisza między dialogami – to wszystko buduje atmosferę, której w polskich serialach wciąż nie ma za dużo.
Z drugiej – nadmiar ciężaru.
To jest serial, który momentami aż za bardzo chce być mroczny. Zło nie tyle się tu pojawia, co dominuje wszystko. Każda decyzja prowadzi w dół, każda relacja jest skażona. Problem w tym, że przy takim natężeniu dramatów widz zaczyna się dystansować – bo jeśli nic nie daje nadziei, to napięcie przestaje działać.
Dochodzi do tego konstrukcja fabularna. Historia jest bardziej rozproszona, bohaterów jest więcej i nie wszyscy dostają tyle miejsca, ile powinni. W efekcie niektóre wątki nie wybrzmiewają tak, jak mogłyby, a opowieść traci płynność.
Pierwszy sezon miał jedną historię i jednego bohatera, za którym można było iść. Drugi rozprasza się na wiele głosów i wiele perspektyw. Jedni uznają to za rozwój, inni – za utratę tożsamości. I obie strony będą miały rację.
Najuczciwiej powiedzieć tak:
to dobry, mroczny, polski serial, który momentami się gubi, ale wciąż potrafi przyciągnąć i zostawić widza z czymś więcej niż tylko rozwiązaniem zagadki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz