W czwartek znów dałem się wciągnąć w ten przedziwny rytuał. Znów usiadłem w sali warszawskiej Kinoteki na kolejnym pokazie cyklu "Najlepsze z najgorszych”. I znów – dokładnie w połowie seansu – zacząłem zadawać sobie stare, dobre pytanie: po co ja właściwie chodzę na te filmy? A potem przyszły napisy końcowe, światła się zapaliły i już wiedziałem, że wrócę na następny seans.
Bo to po prostu… wciąga.
"Zemsta embriona" (The Suckling USA 1990) to kino, którego nie da się nikomu uczciwie polecić i jednocześnie nie sposób o nim zapomnieć. Film Francisa Teriego – człowieka, który był tu właściwie wszystkim: reżyserem, scenarzystą i producentem – wygląda momentami jak odnaleziona po latach kaseta VHS z wypożyczalni działającej gdzieś między lombardem a barem z automatami. I chyba właśnie dlatego działa.
Fabuła? Proszę bardzo. Para trafia do szemranej kliniki aborcyjnej działającej w domu publicznym. On chce usunięcia ciąży, ona zdecydowanie nie. Ostatecznie dochodzi do aborcji. Usunięty płód wpada do kanałów, styka się z toksycznymi odpadami i mutuje w potwora mordującego wszystkich wokół. Tak, ktoś naprawdę uznał, że to świetny pomysł na horror. I co najbardziej zdumiewające – znalazł ludzi, którzy wyłożyli na to około 50 tysięcy dolarów. Podobno aż 10 tysięcy pochłonęło samo stworzenie potwora. Patrząc na efekty specjalne człowiek ma wrażenie, że połowa budżetu poszła na gumę, klej i koszmary po taniej pizzy. Ale jest w tym jakaś bezczelna szczerość kina klasy B.
Najlepsze jest jednak to, że „Zemsta embriona” nawet nie próbuje być subtelna. To lepki, klaustrofobiczny, obrzydliwy festiwal fatalnych decyzji i dialogów brzmiących jak kłótnia ludzi, którzy od trzech dni nie spali. Aktorstwo? Chwilami wygląda, jakby obsada dowiedziała się o fabule pięć minut przed wejściem na plan. Ale właśnie w takich momentach ten film osiąga swój osobliwy urok.
W obsadzie pojawiają się m.in. Lisa Petruno, Frank Rivera i Janet Sovey jako legendarna Big Mama – postać, której nie powstydziłby się najbardziej obskurny grindhouse lat 80. Muzykę napisał Joseph Teri, a za zdjęcia odpowiadał (nieudanie) Harry Eisenstein. Wszystko to razem sprawia wrażenie produkcji zrobionej bardziej z szalonej potrzeby tworzenia niż z jakiegokolwiek rozsądku.
I właśnie dlatego tak dobrze działa cały cykl „Najlepsze z najgorszych”, prowadzony przez Monikę Stolat. Jak zwykle był świetny wstęp – trochę historii kina śmieciowego, trochę anegdot i przede wszystkim autentyczna miłość do filmów, które normalnie oglądałoby się chyba tylko po ciężkim zatruciu kebabem. A jednak sala znów była pełna ludzi spragnionych VHS-owej grozy, gumowych potworów i kina, które kompletnie nie zna pojęcia wstydu.
W tym cyklu chodzi przede wszystkim o doświadczenie wspólnego oglądania czegoś kompletnie szalonego. Takiego kina, które dziś praktycznie już nie powstaje, bo współczesne produkcje są za bardzo wykalkulowane, za bardzo wygładzone i za bardzo boją się kompromitacji. A tutaj jednego dnia wyprzedały dwie duże sale kinowe!
A „Zemsta embriona” kompromituje się z dumą.
I właśnie dlatego trudno oderwać od niej wzrok.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz