poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Pełna kinowa sala, cisza i niepokój. "Matka Joanna od Aniołów" po latach

Są takie filmy, które najlepiej działają w ciszy. Bez popcornu, bez szeptów, bez nerwowego zerkania na telefon. A potem trafiasz na seans, gdzie sala jest pełna – i nagle okazuje się, że właśnie to ma sens. Tak było w świąteczny wieczór w Kinotece. Tłum ludzi, Wielkanoc, a na ekranie film, który z religijnością nie ma nic wspólnego w sensie pocieszenia – raczej w sensie niepokoju.

Matka Joanna od Aniołów (Polska 1961) nie jest filmem łatwym ani "świątecznym" w klasycznym rozumieniu. To opowieść o opętaniu, ale takim, które bardziej rozgrywa się w człowieku niż w jakiejś nadprzyrodzonej przestrzeni. Do klasztoru przybywa ksiądz Suryn (Mieczysław Voit), by zmierzyć się z przypadkiem opętania zakonnic, a przede wszystkim tytułowej Matki Joanny (Lucyna Winnicka). I od początku wiadomo, że to nie będzie pojedynek dobra ze złem, tylko raczej walka człowieka z samym sobą.

Reżyser Jerzy Kawalerowicz prowadzi tę historię oszczędnie, niemal ascetycznie. Każde ujęcie jest przemyślane, czarno-białe zdjęcia tną przestrzeń jak brzytwa. Tu nie ma przypadkowości. Tu nawet cisza ma znaczenie.

Największe wrażenie robi jednak aktorstwo. Lucyna Winnicka jako Matka Joanna jest jednocześnie krucha i przerażająca. Jej spojrzenie potrafi zamrozić. Z kolei Mieczysław Voit w roli księdza Suryna gra człowieka, który z każdą minutą coraz bardziej traci grunt pod nogami – i to jest proces, który ogląda się niemal fizycznie.

To, co uderza najmocniej po latach, to aktualność tego filmu. Bo przecież nie chodzi tu o diabły. Chodzi o obsesję, tłumienie emocji, samotność, potrzebę wiary i jednoczesny strach przed nią. Kawalerowicz nie daje odpowiedzi – zostawia widza z pytaniami, które wcale nie chcą się rozchodzić.

I może właśnie dlatego ten wielkanocny seans miał sens. Bo zamiast lukrowanej opowieści o odkupieniu dostaliśmy coś znacznie uczciwszego – historię o tym, jak cienka jest granica między sacrum a szaleństwem.

A wychodząc z sali, człowiek miał wrażenie, że to nie film się skończył. Tylko rozmowa dopiero się zaczyna.

 

Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga