Kiedy kilka lat temu Monarch: Legacy of Monsters startował jako serialowy dodatek do MonsterVerse (Monarch: Dziedzictwo potworów sezon 2 USA, Japonia 2026), miałem sporo obaw. Kino o Godzilli od dawna cierpi na tę samą chorobę: ludzie gadają godzinami, a wielki jaszczur pojawia się na chwilę, żeby coś rozwalić i zniknąć za chmurą pyłu. Tymczasem drugi sezon nie tylko rozwija świat potworów, ale wreszcie zaczyna rozumieć, dlaczego widzowie kochają Godzillę od czasów japońskich filmów studia Toho Co., Ltd.
I nie chodzi wyłącznie o destrukcję.
Drugi sezon jest bardziej mroczny, bardziej widowiskowy niż pierwsza odsłona. Widać, że twórcy zrozumieli jedną ważną rzecz: MonsterVerse działa najlepiej wtedy, gdy potwory są metaforą ludzkich obsesji, lęków i pychy. Tak było w klasycznej Godzilla, która była przecież opowieścią o traumie po bombach atomowych. Tak było też w najlepszych momentach Shin Godzilla czy Godzilla Minus One. I właśnie do tego ducha serial próbuje wrócić.
Fabuła drugiego sezonu rozgrywa się po wydarzeniach z pierwszej serii i jeszcze mocniej zanurza nas w działalność organizacji Monarch. Cate, Kentaro i May trafiają w sam środek nowego kryzysu związanego z tajemniczym Titanem X oraz Skull Island. W tle cały czas obecny jest Godzilla, ale równie ważne stają się pytania o odpowiedzialność człowieka za chaos, który sam wywołał. Pojawiają się też kolejne sekrety związane z Axis Mundi — miejscem będącym czymś pomiędzy Hollow Earth a kosmicznym koszmarem z literatury science fiction.
Najbardziej podoba mi się jednak to, że serial nie próbuje być bezmyślną strzelanką CGI. Jasne — są gigantyczne starcia, Kong, Godzilla, nowe potwory i widowiskowe sekwencje destrukcji, ale twórcy nie zapominają o atmosferze tajemnicy. Chwilami czułem wręcz klimat kina przygodowego z lat 80., jakby ktoś wrzucił do jednego kotła stare filmy o potworach, seriale science fiction i kino katastroficzne z epoki VHS. I mówię to jako komplement.
Bardzo dobrze wypada też zwiększona obecność samych Tytanów. Fani długo narzekali, że pierwszy sezon momentami tonął w rodzinnych dramatach. Tym razem proporcje są znacznie lepsze. Nawet widzowie na Reddicie zwracali uwagę, że liczba scen z potworami jest wyjątkowo duża jak na telewizję i momentami dorównuje kinowym produkcjom MonsterVerse.
Dobrą robotę wykonują efekty specjalne. Titan X wygląda naprawdę imponująco — ma w sobie coś z morskiego koszmaru Lovecrafta, ale jednocześnie wpisuje się w estetykę klasycznych kaiju. Co ważne, projekt nie sprawia wrażenia wygenerowanego przez algorytm. Widać pomysł i charakter. Twórcy efektów inspirowali się prawdziwymi stworzeniami morskimi, dzięki czemu nowy Tytan ma własną biologiczną „wiarygodność”.
W obsadzie nadal błyszczy Kurt Russell jako Lee Shaw. Jest w nim stary hollywoodzki sznyt — facet wchodzi na ekran i od razu wiadomo, że oglądamy zawodowca z epoki, gdy bohaterowie kina akcji nie musieli wszystkiego tłumaczyć terapią. Świetnie wypada też Wyatt Russell grający młodszą wersję tej samej postaci. To nadal jeden z najciekawszych patentów całego serialu. Bardzo dobra jest również Anna Sawai, która po sukcesach w innych produkcjach potwierdza, że potrafi unieść emocjonalny ciężar dużych seriali. Wracają także Kiersey Clemons, Ren Watabe, Mari Yamamoto i Anders Holm.
Za serial odpowiadają Chris Black i Matt Fraction — twórcy, którzy najwyraźniej dostali od Apple TV sporo swobody. Czuć, że to nie jest produkcja robiona taśmowo. Muzykę ponownie stworzył Leopold Ross i bardzo dobrze, bo soundtrack świetnie buduje atmosferę zagrożenia i melancholii.
Największa siła drugiego sezonu? To, że zaczyna traktować uniwersum Godzilli jak coś więcej niż zbiór efektownych demolowanych miast. W najlepszych momentach serial przypomina, że potwory zawsze były odbiciem naszych lęków: wojny, katastrofy ekologicznej, militarnej pychy i technologii wymykającej się spod kontroli. A przecież właśnie z takich emocji Godzilla narodziła się w 1954 roku.
I dobrze, że ktoś w Hollywood jeszcze o tym pamięta. Bo Godzilla bez duszy jest tylko wielką jaszczurką. A tutaj momentami znowu staje się mitem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz