Są filmy, które ogląda się pierwszy raz. I są takie, które się pamięta – zapachem starej kasety VHS, trzaskiem magnetowidu i tym charakterystycznym uczuciem, że obcuje się z czymś większym niż zwykła opowieść. Conan Barbarzyńca (Conan the Barbarian USA 1982) należy właśnie do tej drugiej kategorii.
To nie jest kino, które próbuje się przypodobać widzowi. Ono od pierwszych minut narzuca własne tempo, własny rytm i – co dziś rzadkie – własną powagę. Już otwarcie, z młodym Conanem patrzącym na śmierć swoich rodziców i zagładę wioski, ustawia wszystko. Tu nie będzie żartów, tu nie będzie mrugania okiem. Będzie zemsta.
Fabuła jest prosta, niemal archetypiczna. Conan dorasta jako niewolnik, zahartowany w bólu i przemocy, by w końcu ruszyć tropem człowieka, który odebrał mu wszystko – Thulsy Dooma, przywódcy sekty, który bardziej niż wojownikiem jest prorokiem śmierci. Po drodze są walki, sojusznicy, zdrady i to, co w tym świecie najważniejsze – próba odpowiedzi na pytanie, co naprawdę daje siłę człowiekowi. Stal? Wola? A może coś jeszcze?
Ten film ma w sobie coś pierwotnego. Brud, pot, krew – wszystko jest tu fizyczne, namacalne. Nie ma komputerowych fajerwerków, są za to prawdziwe plenery, ciężar miecza i spojrzenia, które mówią więcej niż dialogi. I właśnie dlatego to działa do dziś.
Ogromną rolę gra tu Arnold Schwarzenegger. Wtedy jeszcze nie był ikoną kina akcji, jaką znamy z późniejszych lat, ale już widać było, że kamera go lubi. Jego Conan jest oszczędny w słowach, momentami wręcz surowy, ale to właśnie ta prostota buduje postać. To nie jest bohater, który wygłasza monologi. On patrzy, idzie i robi swoje.
Po drugiej stronie mamy James Earl Jones jako Thulsę Dooma. I to jest wybór znakomity. Spokój, charyzma, głos – ten człowiek nie musi krzyczeć, żeby budzić respekt. W jego interpretacji zło nie jest krzykliwe. Jest spokojne, pewne siebie, niemal hipnotyzujące.
Warto też wspomnieć Sandahl Bergman jako Valerię – jedną z tych kobiecych postaci w kinie lat 80., które nie są tylko tłem. Jest twarda, konkretna, obecna. I zostaje w pamięci.
No i muzyka. To jeden z tych przypadków, kiedy ścieżka dźwiękowa nie jest dodatkiem, tylko kręgosłupem filmu. Basil Poledouris stworzył coś, co niesie ten obraz od początku do końca – monumentalne, podniosłe, momentami wręcz sakralne. Bez tej muzyki Conan Barbarzyńca nie byłby tym samym filmem.
Dziś, w czasach wygładzonych produkcji i bezpiecznych scenariuszy, Conan Barbarzyńca robi wrażenie swoją bezkompromisowością. To film z innej epoki – i dobrze. Bo przypomina, że kino potrafi być surowe, ciężkie i jednocześnie piękne.
I że czasem naprawdę wystarczy miecz, cisza i dobrze opowiedziana historia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz