Są takie horrory, które krzyczą. I są takie, które mówią półgłosem, a potem zostają z człowiekiem na długo. "Pusty człowiek” (The Empty Man RPA, USA, Wielka Brytania 2020) należy do tej drugiej kategorii. Film, który przemknął przez kina niemal niezauważony, a jest jednym z ciekawszych, bardziej ambicjonalnych horrorów ostatnich lat.
Były policjant James Lasombra (w tej roli James Badge Dale) próbuje pomóc matce zaginionej dziewczyny. Trop prowadzi do miejskiej legendy: jeśli wypowiesz imię "Pustego Człowieka", przyjdzie po ciebie. Brzmi jak klasyczna creepypasta? I bardzo dobrze — film zaczyna się jak internetowa opowieść z dreszczykiem.
Ale to tylko zasłona dymna.
Z czasem historia rozlewa się szerzej: sekty, metafizyka, paranoja, pytanie o to, czy potwór jest realny, czy rodzi się w ludzkiej potrzebie sensu. Scenariusz nie prowadzi widza za rękę. Wymaga skupienia, cierpliwości i zgody na niejednoznaczność.
Twórcy i geneza
Film wyreżyserował David Prior, dla którego był to pełnometrażowy debiut fabularny. Wcześniej pracował przy materiałach dodatkowych do filmów Davida Finchera — i to czuć. Kadr jest przemyślany, napięcie budowane obrazem, nie jump scare’em.
Scenariusz powstał na podstawie komiksu wydawnictwa Boom! Studios, autorstwa Cullena Bunna i Vanessy R. Del Rey. I choć ekranizacja idzie własną drogą, zachowuje komiksową aurę niepokoju i egzystencjalnego chłodu.
Aktorstwo
James Badge Dale niesie ten film. To nie jest bohater efektowny ani sympatyczny. To człowiek zmęczony, z bagażem traumy, który nie wierzy w duchy - ale zaczyna wątpić w samego siebie. Dale gra oszczędnie, bez melodramatu. I dzięki temu wszystko wydaje się bardziej prawdziwe.
Ważną rolę odgrywa też Stephen Root jako tajemniczy Arthur Parsons — przywódca organizacji Pontifex Institute. Root jest spokojny, rzeczowy, niemal uprzejmy. I właśnie dlatego budzi niepokój.
Klimat i konstrukcja
Pierwsze dwadzieścia minut — rozgrywające się w Himalajach — to gotowy krótkometrażowy horror najwyższej próby. Zimno, cisza, coś nienazwanego w jaskini. Potem film zmienia ton, tempo i skalę. To nie wada, raczej świadomy zabieg. "Pusty człowiek" nie chce być tylko straszny. Chce być niepokojący.
To horror o idei jako wirusie. O tym, że wystarczy opowieść, by coś zaczęło istnieć. I w tym sensie jest to film bardzo współczesny.
Czy to straszy?
Tak - ale nie w sposób oczywisty. Tu nie chodzi o wyskakujące z szafy demony. Tu chodzi o uczucie, że grunt pod nogami przestaje być pewny. O pytanie, czy bohater odkrywa prawdę, czy sam staje się jej częścią.
Nie wszystkim się to spodoba. Film jest długi, momentami rozwleczony, chwilami bardziej filozoficzny niż "gatunkowy". Ale jeśli ktoś lubi horrory, które próbują powiedzieć coś więcej niż "uciekaj", dostanie tu materiał do myślenia."Pusty człowiek" to horror ambitny, chłodny i konsekwentny. Niewygodny w odbiorze, ale dzięki temu uczciwy. Nie idzie na skróty, nie tłumaczy wszystkiego, nie kłania się widzowi.
I może właśnie dlatego działa.
Bo najgorsze wcale nie jest to, że coś przyjdzie po nas w nocy.
Najgorsze jest to, że możemy sami to wymyślić — a potem już nie odróżnić fikcji od wiary.
Jeśli jeszcze nie widziałeś — warto nadrobić. To jeden z tych horrorów, które dojrzewają w głowie długo po seansie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz