piątek, 29 maja 2026

The Boys: superbohaterowie, którym nie chciałbym podać ręki

Są seriale, które wciągają od pierwszej minuty. Są też takie, przy których po prostu trzeba trafić na odpowiedni moment. Tak było u mnie z pierwszym sezonem „The Boys” (USA 2019). Kilka lat temu obejrzałem pierwszy odcinek i odpuściłem. Nie dlatego, że był zły. Wręcz przeciwnie. Był tak agresywny, brutalny i bezczelny, że zwyczajnie nie miałem ochoty oglądać dalej.

Teraz wróciłem. I muszę przyznać, że był to powrót udany.

Punkt wyjścia jest prosty, ale bardzo pomysłowy. W świecie „The Boys” superbohaterowie istnieją naprawdę. Są gwiazdami, celebrytami, twarzami kampanii reklamowych i wielkimi biznesami. Należą do korporacji Vought, która zarabia na nich ogromne pieniądze. Problem polega na tym, że za uśmiechami, kolorowymi kostiumami i oficjalnym wizerunkiem kryją się ludzie ze wszystkimi swoimi wadami – a czasem nawet potwory. A właściwie głównie potwory!

Kiedy Hughie Campbell traci ukochaną w tragicznym i absurdalnym wypadku spowodowanym przez jednego z herosów, trafia na Billy’ego Butchera. Ten drugi od dawna prowadzi prywatną wojnę z ludźmi posiadającymi nadprzyrodzone moce. Tak powstaje tytułowa grupa „The Boys”, która próbuje udowodnić światu, że jego idole nie są tymi, za których się podają.

Największą siłą serialu jest to, że nie opowiada tak naprawdę o superbohaterach. To satyra na świat celebrytów, wielkich korporacji, marketingu, polityki i mediów. Twórcy zadają pytanie: co by było, gdyby ktoś dysponował mocą niemal boską, a jednocześnie nie musiał odpowiadać za swoje czyny?

Odpowiedź jest mało optymistyczna.

Pierwszy sezon potrafi być szokujący. Niektóre sceny zapadają w pamięć na długo, ale nie zawsze z powodów, które podobają mi się najbardziej. Mam wrażenie, że twórcy czasem przesadzają z wulgarnością. Rozumiem, że taki jest charakter tego świata i że ma on kontrastować z ugrzecznionym wizerunkiem klasycznych herosów, jednak momentami miałem poczucie, że serial zbyt często próbuje szokować dla samego szokowania. Nie przeszkodziło mi to w oglądaniu, ale kilka scen spokojnie można byłoby skrócić albo pokazać mniej dosłownie.

Za to trudno mieć zastrzeżenia do obsady. Karl Urban jako Billy Butcher kradnie każdą scenę, w której się pojawia. Jest charyzmatyczny, nieprzewidywalny i jednocześnie budzi pewną sympatię mimo swoich wad. Jack Quaid bardzo dobrze sprawdza się jako Hughie – zwykły człowiek wrzucony w świat, którego nie rozumie. Świetne wrażenie robi również Erin Moriarty jako Starlight, jedna z niewielu postaci próbujących zachować przyzwoitość.

Największe brawa należą się jednak Antony’emu Starrowi. Jego Homelander to jeden z najbardziej niepokojących serialowych czarnych charakterów ostatnich lat. Niby uśmiechnięty, niby patriotyczny, a jednocześnie budzący lęk niemal w każdej scenie. Dawno nie widziałem postaci, która tak skutecznie potrafiłaby zepsuć atmosferę samym wejściem do pomieszczenia.

Serial stworzył Eric Kripke, znany wcześniej między innymi z „Supernatural”. Podstawą scenariusza był komiks autorstwa Gartha Ennisa i Daricka Robertsona. Widać jednak, że ekranowa wersja nie jest tylko prostym przeniesieniem komiksu na ekran. To samodzielna opowieść, która trafnie komentuje współczesną kulturę masową.

Na uwagę zasługują także muzyka i realizacja. Efekty specjalne stoją na wysokim poziomie, a ścieżka dźwiękowa dobrze współgra z klimatem serialu. Wszystko wygląda tak, jak powinno wyglądać w produkcji z dużym budżetem.

Czy „The Boys” jest serialem dla każdego? Zdecydowanie nie. Jeśli ktoś nie lubi brutalności, czarnego humoru i bardzo ostrych scen, może się od niego odbić. Ja sam momentami miałem wrażenie, że twórcy przekraczają granicę dobrego smaku. Z drugiej strony pod tą warstwą prowokacji kryje się inteligentna, dobrze napisana historia o władzy, korupcji i odpowiedzialności.

I chyba dlatego, mimo wszystkich zastrzeżeń, po latach cieszę się, że dałem temu serialowi drugą szansę.

 


Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga