sobota, 27 czerwca 2026

„Czarny telefon" telefon dzwoni po raz drugi

Seans pierwszego „Czarnego telefonu” pamiętam bardzo dobrze. Pisałem wtedy, że Scott Derrickson nakręcił horror, który działa nie tylko strachem, ale również emocjami. Była w nim tajemnica, świetnie poprowadzone napięcie i jeden z najciekawszych ekranowych potworów ostatnich lat. Dlatego do kontynuacji podchodziłem z dużą ciekawością.

Czarny telefon 2” (Black Phone 2 USA 2025) obejrzałem niedawno. Nie miałem poczucia wielkiego kinowego wydarzenia, ale przez większość seansu oglądałem go z zainteresowaniem. To po prostu solidny, sprawnie zrealizowany horror.

Akcja rozgrywa się kilka lat po wydarzeniach z pierwszej części. Finney próbuje wrócić do normalnego życia po traumatycznych przeżyciach, a jego siostra Gwen zaczyna doświadczać kolejnych niepokojących wizji. Tajemnicze sygnały z zaświatów sprawiają, że rodzeństwo ponownie zostaje wciągnięte w koszmar, który – wydawało się – został już zakończony.

Problem polega na tym, że pierwszy „Czarny telefon” był historią niemal kompletną. Tam wszystko było świeże: sam pomysł telefonu, pojawiające się duchy, atmosfera ciągłego zagrożenia i postać Wyłapywacza. W drugiej części twórcy próbują wrócić do tych elementów, ale efekt zaskoczenia już nie działa tak mocno.

Nie znaczy to jednak, że film jest nieudany. Ma kilka naprawdę dobrych scen, potrafi zbudować napięcie i od czasu do czasu przypomina, dlaczego polubiłem pierwszą część. Szczególnie podoba mi się, że twórcy nie zapomnieli o emocjonalnym wymiarze tej historii i o tym, że bohaterowie wciąż noszą w sobie ślady dawnych wydarzeń.

Ponownie bardzo dobrze wypadają młodzi aktorzy – Mason Thames jako Finney i Madeleine McGraw jako Gwen. Ich relacja znów jest sercem tej opowieści. Wraca również Ethan Hawke w roli Wyłapywacza. Nadal potrafi wzbudzić niepokój, choć już nie robi tak piorunującego wrażenia jak podczas pierwszego spotkania.

Za kamerą ponownie stanął Scott Derrickson, twórca „Sinister” i „Egzorcyzmów Emily Rose”, który razem z C. Robertem Cargillem rozwinął świat stworzony przez Joe Hilla. Reżyser wciąż ma wyczucie nastroju i umie opowiadać historie o ludziach zmagających się z własnymi lękami, ale tym razem nie udało mu się odzyskać tej magii, która uczyniła pierwszego „Czarnego telefonu” czymś więcej niż tylko kolejnym horrorem.

Po napisach końcowych pomyślałem, że to jeden z tych sequeli, które ogląda się bez bólu, a nawet z pewną przyjemnością, ale które nie zostają w głowie na długo. Telefon zadzwonił po raz drugi. Odebrałem go z ciekawością. Gdy rozmowa dobiegła końca, nie miałem jednak potrzeby natychmiast oddzwaniać.




Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga