Są takie horrory z lat 80., które po latach ogląda się nie tylko z sentymentu do epoki VHS, ale także z autentycznym podziwem dla wyobraźni twórców. Uszkodzenie mózgu ((Brain Damage, USA 1988) należy właśnie do tej kategorii. Film dziwny, miejscami odpychający, a jednocześnie zaskakująco inteligentny. I – co ważne – do dziś świeży.
Historia jest pozornie prosta. Młody Brian nagle zaczyna doświadczać dziwnych halucynacji i intensywnego uczucia euforii. Szybko okazuje się, że w jego życiu pojawił się… pasożyt. Niewielkie stworzenie o imieniu Aylmer przyczepia się do mózgu bohatera i karmi się ludzkimi mózgami. W zamian daje Brianowi narkotyczną przyjemność, od której bardzo trudno się uwolnić.
Już w tym punkcie widać, że to nie jest zwykły horror o potworze. Uszkodzenie mózgu działa jak groteskowa przypowieść o uzależnieniu. Aylmer jest uosobieniem narkotyku – uwodzi, daje ekstazę, a potem domaga się coraz większej ceny. I robi to z urokiem niemal dżentelmena. Ten kontrast – elegancki głos pasożyta i absolutne okrucieństwo jego potrzeb – jest jednym z najlepszych pomysłów filmu.
Reżyser Frank Henenlotter nigdy nie należał do twórców mainstreamowych. To człowiek, który wcześniej nakręcił kultowy Basket Case – opowieść o zdeformowanym bliźniaku ukrywanym w koszyku. W obu filmach widać tę samą energię: brudny Nowy Jork lat 80., absurdalny humor i potwory, które są jednocześnie przerażające i groteskowe.
W Uszkodzeniu mózgu działa to znakomicie. Film jest krótki, dynamiczny i nie udaje czegoś, czym nie jest. Henenlotter nie próbuje robić wielkiego horroru psychologicznego – on bawi się konwencją kina klasy B. A jednocześnie przemyca coś więcej: historię o manipulacji, o utracie kontroli nad własnym życiem i o tym, jak łatwo sprzedać wolność za chwilę przyjemności.
Duża w tym zasługa aktora Rick Hearst, który gra Briana z odpowiednią mieszanką niewinności i rosnącej paranoi. Jeszcze ważniejszy jest jednak sam Aylmer – jeden z najbardziej osobliwych "potworów" w historii horroru. Stworzenie wygląda jak koszmarny kawałek mięsa z zębami, ale mówi spokojnym, niemal arystokratycznym głosem. Tę rolę głosową stworzył John Zacherle, legenda amerykańskiej telewizji grozy z lat 50.
Efekty specjalne są oczywiście w pełni analogowe – i bardzo dobrze. W czasach cyfrowych sztuczek te gumowe potwory i krwawe efekty mają swój niepodrabialny urok. To kino, które powstawało jeszcze w epoce, gdy horror robiło się głównie przy pomocy lateksu, światła i wyobraźni.
Nie bez znaczenia jest też muzyka Gus Russo, która podkreśla atmosferę miejskiej groteski. Nie próbuje być epicka ani monumentalna – raczej buduje lekko paranoiczny klimat, idealnie pasujący do historii Briana.
Czy Uszkodzenie mózgu to film dla każdego? Zdecydowanie nie. Są tu sceny, które nawet dziś mogą wywołać lekki dyskomfort. Ale właśnie w tym tkwi jego siła. To horror, który nie chce być grzeczny ani elegancki. Ma być dziwny, trochę obrzydliwy i trochę śmieszny.
I właśnie dlatego po prawie czterdziestu latach wciąż działa.
W epoce, gdy wiele horrorów wygląda podobnie, film Henenlottera przypomina, jak bardzo twórcza potrafiła być wyobraźnia kina gatunkowego lat 80. Aylmer – pasożyt obiecujący rozkosz – jest jednocześnie jednym z najbardziej absurdalnych i najbardziej celnych symboli uzależnienia, jakie pojawiły się w horrorze.
Krótko mówiąc: dziwactwo z najwyższej półki. I kolejny dowód, że kino klasy B bywa czasem znacznie ciekawsze niż produkcje z wielomilionowym budżetem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz