Lubię polskie kino. Naprawdę. Lubię wracać do filmów, które miały charakter, dialog, rytm i bezczelną pewność siebie. "Vinci" sprzed lat było właśnie takie: lekkie, inteligentne, z humorem, który nie musiał się tłumaczyć z każdego żartu. Dlatego na "Vinci 2" (Polska 2025) czekałem z naturalną ciekawością. I właśnie dlatego rozczarowanie boli tu podwójnie.
To nie jest film, który coś potrzebnie dopowiada. To film, który niczego istotnego nie wnosi. Od pierwszych scen czuć, że mamy do czynienia z odgrzewanym daniem – niby podanym na nowym talerzu, niby z nową dekoracją, ale smak dokładnie ten sam. Tyle że bez świeżości, bez energii i bez sensownego powodu istnienia.
Największy problem "Vinci 2" polega na tym, że on sam nie wie, po co powstał. Nie ma tu ani nowego pomysłu na bohaterów, ani ciekawszego konfliktu, ani choćby próby reinterpretacji tego świata po latach. Jest za to bezpieczne granie na sentymencie widza: "pamiętasz, jak było fajnie?". Pamiętam. I właśnie dlatego teraz to nie działa.
Humor? Wymuszony. Dialogi? Jakby pisane z checklisty: ma być żart, ma być błysk, ma być cytat do powtórzenia. Tyle że wszystko brzmi jak echo lepszego filmu sprzed lat. Postacie, które kiedyś miały luz i charyzmę, dziś sprawiają wrażenie zmęczonych – nie życiem, tylko samym filmem.
Najsmutniejsze jest to, że to rozczarowanie nie bierze się z niechęci do polskiego kina, tylko z sympatii do niego. "Vinci 2" jest przykładem projektu, który istnieje wyłącznie dlatego, że tytuł się zgadza, a widz "może przyjdzie". Tylko że widz to nie jest kolekcjoner wspomnień do bezrefleksyjnego odhaczania.
Są filmy, które warto kontynuować. Są historie, do których warto wracać po latach. "Vinci 2" nie należy do żadnej z tych kategorii. To odświeżony kotlet – ani trujący, ani szczególnie niejadalny, ale kompletnie zbędny. A w kinie, nawet rozrywkowym, zbędność to grzech ciężki.
Szkoda. Bo polskie kino naprawdę stać na więcej niż życie z własnych resztek.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz