Są takie wieczory, kiedy człowiek przypomina sobie, po co w ogóle istnieje kino. I właśnie takim doświadczeniem był dla mnie seans "Narzeczona Frankensteina" w warszawskim Kinie Iluzjon.
To jest w ogóle osobna kategoria przyjemności – oglądać klasykę nie na laptopie, nie gdzieś "w tle”, tylko w ciemnej sali, z dużym ekranem i skupioną widownią. Nagle okazuje się, że film sprzed niemal 100 lat nie tylko się nie zestarzał, ale momentami bije na głowę współczesne produkcje pomysłowością, tempem i wyobraźnią.
Seans minął błyskawicznie. To zresztą najlepsza rekomendacja - człowiek siada i zanim zdąży się dobrze rozgościć, jest już po wszystkim. A przecież mówimy o filmie, który w teorii powinien trącić myszką. Nic z tych rzeczy.
Historia potwora, który chce miłości i akceptacji, wciąż działa z pełną mocą. Jest w tym coś przejmująco ludzkiego – ta potrzeba bycia zrozumianym, nawet jeśli świat odrzuca cię na starcie. I może właśnie dlatego ten film tak dobrze się ogląda dziś, w czasach, które niby są nowoczesne, a w gruncie rzeczy wcale nie tak bardzo różnią się od tamtych.
Ogromne znaczenie miał też wstęp Marty Stańczyk (FINA) przed projekcją - konkretny, dobrze poprowadzony, bez zbędnego akademickiego zadęcia. Taki, który ustawia widza, ale nie odbiera mu przyjemności odkrywania. To jest sztuka sama w sobie i tu została wykonana jak należy.
Nie chcę się tu rozwodzić nad szczegółami realizacyjnymi, choć warto pamiętać, że za kamerą stał James Whale, twórca, który już w Frankenstein pokazał, że potrafi opowiadać o grozie w sposób nieoczywisty. W obsadzie wraca Boris Karloff jako potwór – i robi to tak, że trudno oderwać od niego wzrok. Jest też Elsa Lanchester w podwójnej roli, z jedną z najbardziej ikonicznych kreacji w historii kina. Oprócz tytułowej roli gra też autorkę kultowej powieści Frankenstein - Mary Wollstonecraft Shelley.
Ale prawda jest taka, że w kinie takie filmy bronią się same. Nie potrzebują przypisów ani tłumaczeń. Wystarczy usiąść i dać się porwać.
I chyba właśnie o to chodzi – żeby od czasu do czasu wrócić do źródeł i przypomnieć sobie, że kino to nie tylko nowości, ale też historia, która wciąż potrafi żyć i oddychać. Wystarczy jej tylko trochę ciemności i duży ekran.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz