"Frela" Magdaleny Majcher (W.A.B. 2025) to książka oparta na faktach, co od razu ustawia poprzeczkę wysoko — bo rzeczywistość sama w sobie potrafi być bardziej brutalna i ciekawsza niż fikcja. I miejscami rzeczywiście coś tu „zagrało”, zwłaszcza gdy pojawia się wątek Paktofoniki i tło końcówki lat 90., z całym tym ciężarem młodości, buntu i muzyki, która wtedy była czymś więcej niż tylko soundtrackiem.
Problem w tym, że ta historia nie niesie. Narracja bywa zbyt nudna, momentami rozwleczona, jakby emocje zostały opisane zamiast przeżyte. Człowiek czeka na punkt zapalny, na moment, w którym ta opowieść naprawdę pęknie - ale często dostaje tylko jego zapowiedź.
Najciekawsze dzieje się wtedy, gdy Majcher dotyka realnych odniesień kulturowych i społecznych. Wątek Paktofoniki działa jak kotwica - nagle tekst nabiera ciężaru, zakorzenia się w czymś prawdziwym, rozpoznawalnym, mocnym. Szkoda, że tych momentów jest za mało, żeby utrzymać napięcie przez całość.
To książka, która ma temat, ma kontekst, ma fundament. Brakuje jej jednak oddechu i rytmu, który sprawiłby, że historia naprawdę wciąga od początku do końca. Zostaje wrażenie potencjału, który nie został w pełni wykorzystany.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz