Są filmy, które ogląda się z poczuciem przygody, są też takie, po których człowiek przez chwilę siedzi w ciszy. "Czerwone maki” (Polska 2024) należą do tej drugiej kategorii. To kino brutalne, momentami wręcz bezlitosne – i chyba właśnie takie musiało powstać, jeśli ktoś chciał naprawdę pokazać, czym była bitwa o Monte Cassino.
Bo gdy dziś słyszymy pieśń Czerwone maki na Monte Cassino, często traktujemy ją jak jeden z wielu wojennych symboli. Patetyczną melodię z akademii szkolnych i uroczystości państwowych. Tymczasem film pokazuje coś znacznie bardziej niewygodnego: dlaczego słowa o makach, które "zamiast rosy piły polską krew", nie są poetycką metaforą, lecz niemal reporterskim opisem.
Reżyser Krzysztof Łukaszewicz nie ucieka od okrucieństwa wojny. Atak na klasztorne wzgórze nie jest tu romantyczną szarżą z podręcznika historii, ale chaosem, krzykiem i błotem. Żołnierze giną nagle i bez ceremonii. Kamera często trzyma się bardzo blisko bohaterów, przez co widz niemal czuje ciężar ekwipunku, kurz i strach. I przede wszystkim zapach krwi...
I właśnie w tych momentach film działa najlepiej. Gdy przestaje być opowieścią o bohaterach z pomnika, a zaczyna mówić o zwykłych ludziach, którzy znaleźli się w piekle.
Problem zaczyna się przy głównym bohaterze – młodym żołnierzu, przez którego oczy mamy patrzeć na całą historię. W tej roli Nicholas Przygoda. Niestety, ta postać kompletnie mnie nie przekonuje. Scenariusz próbuje zbudować klasyczną drogę bohatera – chłopaka, który dojrzewa w ogniu walki – ale psychologicznie jest to zarysowane dość powierzchownie. W efekcie widz częściej obserwuje wydarzenia z dystansu, zamiast naprawdę przeżywać je razem z nim.
Na szczęście wokół pojawia się wielu bardziej wyrazistych bohaterów. W obsadzie są m.in. Leszek Lichota, czy Michał Żurawski, a epizody budują klimat oddziału złożonego z ludzi o bardzo różnych życiorysach. To jeden z mocniejszych elementów filmu – pokazanie żołnierzy 2. Korpusu Polskiego jako zbieraniny ludzkich losów z całej Europy.
Szczególne wrażenie robi sama bitwa o Monte Cassino – jedno z najkrwawszych starć kampanii włoskiej. Film nie idealizuje historii i nie udaje, że zwycięstwo przyszło łatwo. Raczej przypomina, że droga na wzgórze była wybrukowana ciałami tych, którzy wcześniej próbowali je zdobyć.
Warto też wspomnieć o warstwie technicznej. Zdjęcia są surowe, chwilami niemal dokumentalne. Muzyka nie dominuje nad obrazem – pojawia się oszczędnie, pozwalając wybrzmieć dźwiękom pola walki. A kiedy w tle powraca motyw pieśni "Czerwone maki na Monte Cassino", nabiera on zupełnie innego ciężaru niż w szkolnych akademiach.
Po seansie trudno słuchać tej pieśni tak jak wcześniej. I być może właśnie o to chodziło twórcom – żebyśmy w końcu zrozumieli, skąd wzięły się te słowa. I dlaczego nie są one tylko poetyckim obrazem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz