Lubię horrory, w których punkt wyjścia jest prosty, ale niepokojący. Dziecko znika bez śladu. Ojciec zaczyna szukać odpowiedzi. W tle pojawia się seryjny morderca, który odsiaduje wyrok, a mimo to ktoś najwyraźniej kontynuuje jego dzieło. Do tego Robert De Niro i tajemniczy Szeptacz, którym od lat straszy się dzieci. Trudno się na to nie skusić.
I „Szeptacz” (The Whisper Man USA, Wielka Brytania 2026) rzeczywiście okazał się całkiem niezłym horrorem. Tylko że cały czas miałem wrażenie, że mógł być znacznie lepszy. Najbardziej podobała mi się atmosfera. Film nie pędzi od jednej sceny straszenia do drugiej. Zamiast tego buduje napięcie i powoli odsłania kolejne elementy historii. Jest mrocznie, jest kilka naprawdę dobrych momentów i przede wszystkim jest poczucie, że za tym wszystkim kryje się coś znacznie gorszego, niż początkowo się wydaje.
Trzeci sezon „Gry o tron” (Game of Thrones USA, Wielka Brytania 2013) mam już za sobą. I chyba właśnie teraz zaczyna się mój problem z tym serialem. Bo trudno powiedzieć, że jest źle. Jest całkiem dobrze. Świat przedstawiony nadal robi wrażenie, intryg nie brakuje, bohaterów jest tylu, że czasami człowiek musi sobie przypomnieć, kto właściwie jest czyim bratem, ojcem, wujem albo wrogiem. A wszystko jest oczywiście znacznie bardziej skomplikowane, bo w Westeros rodzinne więzi mają dość osobliwy charakter.
Są świetne momenty, są zaskoczenia, są brutalne sceny i jest charakterystyczny dla „Gry o tron” brak gwarancji, że bohater, któremu zaczęliśmy kibicować, dotrwa do końca sezonu. To akurat zawsze działa. Tyle że… oglądałem trzeci sezon bez większych emocji. I to jest chyba najważniejsze. Nie miałem tego uczucia, że muszę włączyć kolejny odcinek, bo koniecznie chcę wiedzieć, co wydarzy się dalej.
Z „Resident Evil” (Czechy, Francja, Niemcy, USA 2026) mam problem podobny jak z większością ekranizacji gier. Z jednej strony wiem, że kino nie musi być kalką tego, co znamy z konsoli i komputerów. Z drugiej – jeśli bierze się na warsztat taką markę jak „Resident Evil”, to wypadałoby przynajmniej pamiętać, dlaczego ta gra działała.
Przez lata filmowcy najwyraźniej pamiętali głównie o zombie, potworach, strzelaniu i efektownych scenach akcji. Tymczasem sednem „Resident Evil” nigdy nie było to, ilu przeciwników można rozwalić w ciągu minuty. Chodziło o coś znacznie prostszego: jesteś sam, kończy ci się amunicja, nie wiesz, co znajduje się za następnymi drzwiami i zaczynasz się zastanawiać, czy naprawdę warto je otwierać. I właśnie to przypomniał sobie Zach Cregger.
W sobotę rano, o 10:00, razem z Alą poszliśmy do kina na „Księgę pustyni” (L'enfant du désert Francja 2026). Godzina, jak na seans filmowy, dosyć bezlitosna. Człowiek jeszcze nie zdąży się na dobre rozbudzić, kawa nie zdąży zadziałać, a tu już trzeba oglądać film. Okazało się jednak, że był to bardzo dobry pomysł.
„Księga pustyni” Gillesa de Maistre to kino familijne, ale takie, którego nie trzeba oglądać wyłącznie dlatego, że przyszło się z dzieckiem. To przygodowa opowieść o Saharze, naturze, przetrwaniu i niezwykłej więzi człowieka ze zwierzętami.
Są takie filmy, które po latach ogląda się przede wszystkim z sentymentu. I są też takie, które po latach okazują się jeszcze lepsze niż wtedy, kiedy powstały. „eXistenZ” Davida Cronenberga (Francja, Kanada, Wielka Brytania 1999) zdecydowanie zaliczam do tej drugiej kategorii. Obejrzany w Kinotece po raz kolejny zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. A nawet chyba większe niż kiedyś.
Cronenberg w 1999 roku zrobił film, który dzisiaj, w czasach wirtualnej rzeczywistości, gier coraz mocniej wchodzących w nasze życie i nieustannego pytania, co właściwie jest prawdziwe, brzmi zaskakująco aktualnie.
Często tak zaczynam recenzje, ale... Czemu nie?! Są takie filmy, do których wraca się po latach i człowiek trochę boi się, że wspomnienia były lepsze od samego filmu. „Koszmar z ulicy Wiązów 2: Zemsta Freddy’ego” (A Nightmare on Elm Street Part 2: Freddy's Revenge USA 1985) jest na szczęście jednym z tych, które potrafią się obronić. A nawet więcej – po latach ogląda się go naprawdę dobrze.
Oczywiście nie jest to film taki jak pierwsza część Wesa Cravena. I chyba właśnie tutaj tkwi jego największy problem, ale też pewien urok. „Koszmar z ulicy Wiązów 2” idzie własną drogą. Za kamerą stanął Jack Sholder, za scenariusz odpowiada David Chaskin, a pomysł na historię wykorzystuje świat stworzony przez Cravena, ale próbuje zrobić z nim coś trochę innego.
Są takie filmy, które pamiętamy przez lata jako czystą, kinową rozrywkę. Dynamiczne, efektowne, pełne pościgów, eksplozji i bohaterów ratujących świat w ostatniej sekundzie. Peacemaker (US 1997) Mimi Leder był dla mnie kiedyś właśnie takim filmem. Jednym z ulubionych sensacyjniaków lat 90. Robił piorunujące wrażenie, miał tempo, świetną obsadę i ten charakterystyczny klimat kina, które jeszcze nie próbowało wszystkiego tłumaczyć widzowi trzy razy.
Po latach wróciłem do niego i okazało się, że nadal działa. Co więcej – momentami działa nawet mocniej. Ale dziś Peacemaker ogląda się już w zupełnie innym kontekście.
W ten weekend obejrzałem dwa filmy Davida Finchera. Najpierw ponownie „Podziemny krąg”, a później „The Social Network” (USA 2010). Dwa zupełnie różne światy, dwa filmy nakręcone w odstępie ponad dekady, ale oba przypominające, dlaczego Fincher przez lata był jednym z moich ulubionych reżyserów.
I o ile „Podziemny krąg” jest filmem o buncie, frustracji i potrzebie wyrwania się ze świata, który człowieka przytłacza, o tyle „The Social Network” opowiada o stworzeniu narzędzia, które miało ludzi łączyć, a z czasem zaczęło zmieniać sposób, w jaki funkcjonuje cały świat To naprawdę bardzo dobry film.
Był taki czas, kiedy David Fincher należał do moich ulubionych reżyserów. „Siedem”, „Gra” czy"Obcy 3". Nawet jeśli nie każdy jego film trafiał równie mocno, zawsze było wiadomo, że za kamerą stoi ktoś, kto ma własny styl, obsesje i przede wszystkim coś do powiedzenia. „Podziemny krąg” (Fight Club Niemcy, USA 1999) pozostaje jednak chyba najbardziej bezczelnym, wściekłym i niebezpiecznym filmem w jego dorobku.
Są filmy, które odbiera się zupełnie inaczej po latach. Nie dlatego, że się zmieniają, ale dlatego, że zmienia się widz. Tak właśnie było u mnie z „Omenem II” (Damien: Omen II USA 1978). Kiedy oglądałem ten film po raz pierwszy, wydawał mi się wyraźnie słabszy od znakomitego „Omenu”Richarda Donnera. Był mniej efektowny, wolniejszy i pozbawiony tego samego poczucia nieustannego zagrożenia. Pamiętałem go jako poprawną kontynuację, ale nic więcej.
Przy ponownym seansie odkryłem jednak film, który zaskoczył mnie bardziej, niż się spodziewałem. „Omen II” z 1978 roku, wyreżyserowany przez Dona Taylora i Mike'a Hodgesa, nie próbuje kopiować pierwszej części. Zamiast kolejny raz opowiadać historię ludzi odkrywających prawdę o Antychryście, skupia się na samym Damienie.
Jest wiele filmów, które ogląda się z myślą: „to już było”. Są też takie, przy których człowiek zaczyna się zastanawiać, ile razy można jeszcze wykorzystać ten sam pomysł. „Skażenie” (Cold Storage Francja, USA, Wielka Brytania 2026) Jonny'ego Campbella należy niestety do tej drugiej kategorii.
Punkt wyjścia jest całkiem obiecujący. W opuszczonym wojskowym laboratorium przez dziesięciolecia przechowywany jest niezwykle groźny, mutujący mikroorganizm. Obiekt zostaje jednak przekształcony w magazyn, a wzrost temperatury powoduje, że zamrożone zagrożenie budzi się do życia. Śmiertelny grzyb zaczyna się rozprzestrzeniać, a z jego powstrzymaniem muszą poradzić sobie dwójka pracowników magazynu oraz były specjalista od bioterroryzmu. I oczywiście od ich powodzenia zależy los zdecydowanie większej części ludzkości.
Są takie filmy, które ogląda się z podziwem. Są też takie, które ogląda się z wypiekami na twarzy, bo człowiek zastanawia się, jakim cudem ktoś wpadł na pomysł, żeby w ogóle je nakręcić. „Brudny Henryk” (Polska 2017) zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. I właśnie dlatego tak dobrze pasuje do cyklu „Najlepsze z Najgorszych”.
Są takie filmy, których pomysł jest zdecydowanie ciekawszy niż jego realizacja. „Ostatni dom” (The Last House Francja, USA, Wielka Brytania 2026) Louisa Leterriera należy właśnie do tej kategorii, choć muszę przyznać, że przez sporą część seansu byłem naprawdę zaciekawiony. Netflix bierze rodzinę, zamyka ją we własnym domu i dorzuca do tego tajemnicze stworzenia z morza, które najwyraźniej postanowiły przypomnieć ludzkości, kto tak naprawdę był na tej planecie pierwszy.
Kiedyś namiętnie czytałem Toma Clancy’ego. Jego powieści były dla mnie czymś więcej niż tylko sprawnie napisanymi thrillerami – miały klimat, szczegółowość i ten charakterystyczny techniczny realizm, który sprawiał, że człowiek naprawdę wchodził w świat szpiegów, agentów i wielkiej polityki. A Jack Ryan był jednym z moich ulubionych bohaterów.
Z czasem jednak Clancy zaczął bardziej produkować książki niż je pisać, a ja straciłem zainteresowanie kolejnymi tomami. Dlatego do filmu "Tom Clancy: Jack Ryan - Wojna duchów" (USA 2026 Jack Ryan: Ghost War) podchodziłem trochę z sentymentem, ale też z ostrożnością.
Są takie komiksy, które po prostu dobrze się czyta. Są też takie, które zostają w głowie na długo. „Wieczna wojna” Joe Haldemana i Marvano (Egmont Polska2009) zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Kolejny świetny komiks, który polecił mi mój kumpel Tomek.
To naprawdę świetna, mocna i bardzo antywojenna opowieść. I chyba właśnie to zrobiło na mnie największe wrażenie. Bo pod efektowną historią science fiction kryje się coś znacznie ważniejszego – opowieść o bezsensie wojny, manipulowaniu ludźmi, posłuszeństwie wobec rozkazów i świecie, w którym kolejne pokolenia wysyła się na front, często nawet nie próbując odpowiedzieć na pytanie: po co?
Nie będę udawał – jestem fanem polskich produkcji. Zawsze chętniej dam szansę rodzimemu serialowi niż kolejnej, często bardzo poprawnej, amerykańskiej produkcji zrobionej według instrukcji obsługi. Dlatego do „Pułapki” (Polska 2018) podchodziłem z nastawieniem raczej życzliwym. I dobrze, bo dostałem kryminał, który może nie jest bez wad, ale potrafi wciągnąć.
Główną bohaterką jest Olga Sawicka, popularna autorka powieści kryminalnych. Po śmierci męża przeżywa twórczy i życiowy kryzys. Alkohol, papierosy, basen i pustka zamiast kolejnej książki. Wszystko zmienia się, kiedy Olga zainteresuje się historią nastoletniej Ewy Maj, wychowanki domu dziecka. Dziewczyna jest tajemnicza, zamknięta w sobie i wyraźnie coś ukrywa.
Harlan Coben wraca, a ja wracam do Cobena. I dobrze, bo po jakimś czasie przerwy znowu przypomniałem sobie, dlaczego tak dobrze czyta się jego książki. „Nie ma głupich” (Nobody's fool Wydawnictwo Albatros 20026) nie jest może powieścią, która wywróci do góry nogami moje spojrzenie na kryminał. Coben ma już swoje sprawdzone patenty i właściwie od początku można się domyślać, dokąd ta historia zmierza. Bywa przewidywalny, momentami nawet bardzo. Ale… zupełnie mi to nie przeszkadzało.
Nie ukrywam – na „Spider-Mana: Całkiem nowy dzień” (Spider-Man: Brand New Day USA 2026) szedłem bez wielkich oczekiwań. Po kolejnych filmach, serialach, spin-offach i całym tym pajęczym multiwersum można już mieć wrażenie, że Marvel wycisnął z człowieka-pająka wszystko, co się dało. A jednak tym razem zostałem całkiem przyjemnie zaskoczony.
Bo „Spider-Man: Całkiem nowy dzień” podobał mi się bardziej, niż się spodziewałem.
„Czarne lustro” ma tę nieprzyjemną właściwość, że po niektórych odcinkach człowiek zaczyna patrzeć na telefon, komputer czy nawet zwykłą kartę płatniczą z pewną podejrzliwością. Niby oglądamy science fiction, niby wydarzenia rozgrywają się w przyszłości, a jednak coraz częściej trudno oprzeć się wrażeniu, że Charlie Brooker nie tyle wymyśla przyszłość, ile po prostu bardzo uważnie przygląda się teraźniejszości.
Siódmy sezon (Black Mirror Wielka Brytania 2025) jest pod tym względem wyjątkowo mocny. Sześć historii, sześć różnych pomysłów, a wspólny mianownik pozostaje ten sam: technologia sama w sobie nie jest największym zagrożeniem. Największym zagrożeniem jest człowiek, który dostaje do ręki nowe narzędzie i natychmiast zaczyna zastanawiać się, jak można na nim zarobić.
Są takie komedie, które w pamięci urastają do rangi arcydzieł. Pamięta się salwy śmiechu, kultowe sceny i przekonanie, że kiedyś było po prostu zabawniej. Dlatego z pewną ciekawością wróciłem do "Bruce'a Wszechmogącego" (Bruce Almighty USA 2003), tym razem oglądając go z moim 14-letnim synem.
I muszę przyznać, że zderzenie wspomnień z rzeczywistością było interesujące.
Są takie książki, które trudno nazwać literaturą wybitną, a jednak pochłania się je z ogromną przyjemnością. Tak właśnie mam z serią Przemysława Piotrowskiego o Igorze Brudnym. „Markiza” (Czarna Owca2026)dosłownie łyknąłem w kilka dni, a największym zaskoczeniem było dla mnie to, że... wcześniej przegapiłem poprzedni tom. Na szczęście autor prowadzi historię na tyle sprawnie, że szybko można odnaleźć się w fabule. Ciekawy jestem kiedy po niego pójdą platformy streamingowe.
Są filmy historyczne, które z czasem tracą blask, bo efekty specjalne się starzeją, a sposób opowiadania przestaje odpowiadać współczesnym widzom. Są jednak i takie, które mimo upływu lat nadal ogląda się z autentyczną przyjemnością. Do tej drugiej grupy bez wątpienia należy „Troja” (Troy USA, Wielka Brytania, Malta 2004) Wolfganga Petersena.
To nie jest wierna ekranizacja „Iliady”. Twórcy świadomie uprościli wiele wątków, zrezygnowali z ingerencji bogów i skupili się przede wszystkim na ludziach – ich ambicjach, dumie, miłości oraz żądzy zemsty. Dzięki temu powstało widowisko bardziej realistyczne niż mitologiczne, ale jednocześnie niezwykle przystępne dla współczesnego widza.
Co roku, gdy zbliża się rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, wracają przede wszystkim dwa tytuły – „Kanał” i „Miasto 44”. Tymczasem istnieje jeszcze jeden film, który zdecydowanie zasługuje na przypomnienie. To „Pierścionek z orłem w koronie” Andrzeja Wajdy z 1992 roku. Nie opowiada on jednak o samych walkach na ulicach Warszawy. Znacznie bardziej interesuje go pytanie, co stało się z powstańcami wtedy, gdy ucichły strzały.
To właśnie dlatego ten obraz pozostaje tak ważny. Pokazuje dramat ludzi, którzy przeżyli piekło Powstania, ale nie mogli odnaleźć się w nowej, komunistycznej Polsce. Powstanie się skończyło. Wojna dla bohaterów – nie.
Są seriale, które ogląda się dla fabuły. Są też takie, które ogląda się dla wspomnień. „Samochodzik i Templariusze” (Polska 1971) należy do tej drugiej kategorii. Dla wielu widzów to nie tylko ekranizacja powieści Zbigniewa Nienackiego, ale także bilet do czasów, gdy wakacyjna przygoda zaczynała się od otwarcia książki, a nie aplikacji w telefonie.
Wracając do serialu Huberta Drapelli po ponad pięćdziesięciu latach, można mieć obawy. Tempo będzie zbyt wolne? Dialogi zbyt teatralne? Zdjęcia zbyt archaiczne? Tymczasem okazuje się, że większość tych elementów działa dziś bardziej na korzyść produkcji niż przeciwko niej.
Są filmy, które z biegiem lat tylko zyskują. "Na krawędzi" (Cliffhanger Francja, USA, Włochy 1993 roku jest właśnie jednym z nich. W czasach, gdy Sylvester Stallone kojarzył się przede wszystkim z Rambo i Rockym, dostał rolę, która pozwoliła mu pokazać coś więcej niż tylko mięśnie i celne ciosy. Jako Gabe Walker, ratownik górski zmagający się z traumą po tragicznej akcji, stworzył jedną z najlepszych kreacji w swojej karierze.
To kino akcji z czasów, gdy efekty specjalne nie zastępowały scenariusza, a napięcie budowano prawdziwymi zdjęciami i kaskaderskimi wyczynami. Góry nie są tutaj jedynie malowniczym tłem. Stają się pełnoprawnym bohaterem filmu – pięknym, ale bezwzględnym. Każdy krok po skalnej ścianie czy każda przeprawa nad przepaścią sprawiają, że widz mimowolnie zaciska dłonie na podłokietnikach.
Już pierwsze minuty robią ogromne wrażenie. Scena otwierająca należy do tych, których nie zapomina się przez lata. Jest emocjonalna, brutalna i od razu nadaje ton całej historii. Potem napięcie tylko rośnie, gdy okazuje się, że katastrofa samolotu to zaledwie początek śmiertelnie niebezpiecznej gry.
Na uwagę zasługuje także John Lithgow. Jego Eric Qualen to jeden z najbardziej charyzmatycznych filmowych złoczyńców lat 90. Nie jest krzykliwy ani przerysowany. Jest spokojny, inteligentny i właśnie dlatego tak niebezpieczny. To przeciwnik, który stanowi dla Stallone'a prawdziwe wyzwanie.
Dzisiaj "Na krawędzi" imponuje również realizacją. Większość scen powstawała w prawdziwych górach, a nie przed zielonym ekranem. Dzięki temu każda wspinaczka, każdy skok i każda walka mają ciężar, którego często brakuje współczesnym widowiskom. W epoce komputerowych efektów ten film przypomina, jak wielką siłę ma autentyczność.
Oczywiście nie jest to kino pozbawione wad. Dialogi bywają proste, a fabuła korzysta z dobrze znanych schematów kina sensacyjnego. Ale właśnie w tym tkwi jego urok. "Na krawędzi" nie udaje czegoś, czym nie jest. To świetnie zrealizowany thriller akcji, który od pierwszej do ostatniej minuty dostarcza emocji.
Po ponad trzydziestu latach film Renny'ego Harlina nadal ogląda się znakomicie. Nie zestarzały się ani zdjęcia, ani tempo, ani napięcie. To jeden z tych tytułów, które przypominają, dlaczego kino akcji lat 90. wciąż ma tak wiernych fanów.
Zagubiony telefon (Seumateuponeul tteoreotteuryeosseul ppuninde Korea Południowa 2023) to jeden z tych thrillerów, które nie odkrywają Ameryki, ale potrafią skutecznie przykuć do ekranu. Fabuła bywa momentami infantylna, niektóre decyzje bohaterów trudno uznać za logiczne, a scenariusz miejscami idzie na skróty. Mimo to film ogląda się z zaskakującą przyjemnością, bo dobrze buduje napięcie i sprawia, że przez cały czas chce się wiedzieć, co wydarzy się za chwilę.
Największą zaletą jest pokazanie, jak bardzo nasze życie uzależniło się od nowoczesnych technologii. Smartfon to dziś nie tylko telefon, ale także portfel, klucze do domu, zdjęcia, kontakty, historia życia i dostęp do kont bankowych. Film w przerysowany sposób, ale całkiem skutecznie uświadamia, jak łatwo utrata jednego urządzenia może zamienić codzienność w koszmar.
Są filmy, które składają hołd dawnemu kinu. I są takie, które jedynie przebierają się w jego kostium. Niestety „Człowiek-ośmiornica” (Mantopus! USA 2025) należy do tej drugiej kategorii.
Twórcy wyraźnie chcieli odtworzyć atmosferę tanich horrorów i filmów science fiction z lat 50., 60. i 70. Jest ziarnisty obraz, odpowiednia kolorystyka, charakterystyczna scenografia, przerysowane aktorstwo i potwór, który wygląda tak, jakby uciekł z kina klasy B. Problem w tym, że wszystko sprawia wrażenie starannie zaprojektowanego eksperymentu, a nie filmu, który rzeczywiście powstał w tamtej epoce.
Są filmy science fiction, które wykorzystują fantastykę do zadawania niewygodnych pytań o współczesny świat. „Wirus elit” (Rich Flu Hiszpania, USA, Chile 2024) w reżyserii Galdera Gaztelu-Urrutii, twórcy znakomitej „Platformy”, zapowiadał się właśnie na takie kino. Punkt wyjścia jest kapitalny – tajemnicza choroba zabija wyłącznie najbogatszych ludzi na świecie. Milionerzy i miliarderzy w panice próbują pozbyć się majątków, bo pieniądze stają się wyrokiem śmierci. To satyra, thriller i dystopijna opowieść w jednym.
To książka, którą bardzo łatwo byłoby potraktować jak kolejną publikację o piłce nożnej. O stadionie, kibicach, wynikach i klubowej historii. Fabian Balicki idzie jednak w zupełnie innym kierunku. "Więcej niż piłka nożna. St. Pauli jest tą możliwością" (Wydawnictwo Poligraf 2015) to opowieść o klubie, który od dawna udowadnia, że futbol może być czymś znacznie większym niż dziewięćdziesiąt minut na murawie.
Od lat kibicuję St. Pauli. To jeden z tych klubów, których nie wybiera się dlatego, że seryjnie zdobywają trofea. Wybiera się go ze względu na wartości, atmosferę i przekonanie, że piłka nożna wciąż może być blisko ludzi. Paradoksalnie książkę Balickiego miałem na półce od lat. Co jakiś czas spoglądałem na grzbiet, obiecując sobie, że "już niedługo". Jak to zwykle bywa – zawsze znajdowało się coś pilniejszego. Dopiero tegoroczne wakacje w hiszpańskim Xeraco sprawiły, że w końcu po nią sięgnąłem. I dziś mogę tylko żałować, że zrobiłem to tak późno.
Przyznam szczerze – nie spodziewałem się po tej wersji „Wojny światów” (War of the Worlds Niemcy, USA 2025) sprzed dwóch lat absolutnie niczego. Klasyczna powieść H.G. Wellsa doczekała się już wielu ekranizacji, z których najbardziej pamiętana pozostaje widowiskowa wersja Stevena Spielberga z Tomem Cruise'em. Tym razem twórcy poszli jednak w zupełnie innym kierunku. Powstał film kameralny, opowiedziany niemal wyłącznie za pomocą ekranów komputerów, telefonów i monitoringu. Brzmi ciekawie. Efekt końcowy jest już znacznie mniej imponujący.
Wakacje to dla mnie czas nadrabiania czytelniczych zaległości. Przez większą część roku trudno znaleźć chwilę na spokojną lekturę, więc kiedy wreszcie pojawia się trochę wolnego czasu, sięgam po książki, które od dawna czekają na półce. Tak było z „Naborem” Vincenta V. Severskiego (Czarna owca 2021). I już po kilkudziesięciu stronach zacząłem się zastanawiać, dlaczego tak długo zwlekałem.
Powiem więcej – nie wiem, czy to nie najlepsza książka Severskiego, jaką do tej pory przeczytałem. A przecież poprzeczka była zawieszona bardzo wysoko.
Są filmy, które z różnych powodów omijamy. Czasem brakuje czasu, czasem trafiają na listę „obejrzę później”, a później okazuje się, że mijają miesiące. Tak właśnie było u mnie z "Konklawe" (Conclave Wielka Brytania, USA 2024). Dziś mogę powiedzieć tylko jedno – szkoda, że dopiero teraz je zobaczyłem.
To jeden z tych filmów, które udowadniają, że nie potrzeba pościgów, wybuchów ani hektolitrów krwi, by trzymać widza w napięciu przez ponad dwie godziny. Tutaj bronią są słowa, spojrzenia, niedopowiedzenia i polityka. A właściwie polityka w jej najbardziej pierwotnym wydaniu – walka o władzę.
Od wielu lat obracam się w środowisku punkowym. Punk towarzyszy mi nie tylko jako muzyka, ale też jako sposób patrzenia na świat i styl życia. Paradoksalnie jednak książki poświęcone tej scenie nie zawsze do mnie trafiają. Często są albo przesadnie akademickie, albo zamieniają się w listę nazw zespołów i koncertowych wspomnień, które niewiele mówią komuś spoza najbliższego kręgu autorów. "Nie będę stała z tyłu – pamiętnik z punkowej rebelii” Nancy Barile (I'm Not Holding Your Coat: My Bruises-and-All Memoir of Punk Rock Rebellion Underdog Press 2022)) pozytywnie mnie zaskoczył.
Niektóre filmy zaczynają się jak kameralny dramat, a kończą niczym thriller, w którym każda kolejna decyzja bohaterów prowadzi coraz głębiej w emocjonalny mrok. Tak właśnie jest z „Kresami szczerości” („Echo Valley”, USA, 2025). To film, który nie zawsze trafia we wszystkie tony, momentami bywa nierówny, ale przez większość seansu nie pozwala oderwać wzroku od ekranu.
Kate mieszka samotnie na farmie i prowadzi stajnię. Nadal nie potrafi otrząsnąć się po życiowej tragedii, a jej codzienność wypełniają praca i wspomnienia. Pewnej nocy na farmie pojawia się jej córka Claire – przerażona, roztrzęsiona i ubrudzona cudzą krwią. To wydarzenie uruchamia serię dramatycznych zdarzeń, które prowadzą do pytań o granice rodzicielskiej miłości. Jak daleko można się posunąć, by ratować własne dziecko? I czy istnieje moment, w którym miłość zamienia się we współuzależnienie?
Po „Kolorach zła: Czerwień” miałem mieszane uczucia. Z jednej strony była świetna atmosfera i bardzo solidna obsada, z drugiej – pewien niedosyt, że z tak mocnego materiału można było wycisnąć jeszcze więcej. Dlatego do „Czerni” (Polska 2026) podchodziłem z ostrożnością. Tym większe było moje zaskoczenie, bo dostałem naprawdę dobrą, gęstą od emocji i tajemnic produkcję sensacyjną.
Prokurator Leopold Bilski zostaje przeniesiony z Trójmiasta do niewielkiej kaszubskiej miejscowości. Wkrótce znika chłopiec, a prowadzone śledztwo zaczyna niepokojąco przypominać zaginięcie sprzed lat. Szybko okazuje się, że w tej społeczności niemal każdy coś ukrywa. Dawne tragedie, zmowa milczenia i lokalne sekrety tworzą atmosferę, od której trudno się uwolnić.
Seans pierwszego „Czarnego telefonu” pamiętam bardzo dobrze. Pisałem wtedy, że Scott Derrickson nakręcił horror, który działa nie tylko strachem, ale również emocjami. Była w nim tajemnica, świetnie poprowadzone napięcie i jeden z najciekawszych ekranowych potworów ostatnich lat. Dlatego do kontynuacji podchodziłem z dużą ciekawością.
Są takie filmy dokumentalne, które ogląda się z wypiekami na twarzy, bo odkrywają przed widzem kulisy niewidocznych na co dzień procesów i pozwalają lepiej zrozumieć świat. Są też takie, które dotykają tematów niezwykle ważnych, ale nie potrafią wykorzystać ich potencjału. Niestety, do tej drugiej kategorii zalicza się „Cichy front” (Polska 2026).
Są takie seanse, po których człowiek wychodzi z kina nie tyle z opinią, co z lekkim zwątpieniem w to, jak to możliwe, że coś takiego istniało poza jego radarami. I dokładnie tak było w przypadku „Sarnie żniwo, czyli pokusa statuetkowego szlaku” (Polska 2006).
Zacznę od rzeczy najprostszej, ale dziś już rzadkiej: zdumienia. Bo trudno uwierzyć, że ten tytuł, i – co równie ważne – nazwisko reżysera - Bartosz Walaszek, przez lata całkowicie mi umykały. A jeszcze trudniej uwierzyć, że w Kinotece bilety na kolejne pokazy schodziły jak świeże bułki z dobrego pieca. To nie był seans „z ciekawości”. To był seans „trzeba to zobaczyć, bo zaraz nie będzie miejsc”.
I rzeczywiście – publiczność przyszła jak na wydarzenie. A wyszła… jeszcze bardziej rozgrzana.
To jest kino, które idealnie mieści się w cyklu „Najlepsze z najgorszych”. Tego rodzaju produkcje żyją własnym życiem: balansują gdzieś między niezamierzonym absurdem, przesadą, dziwnością konstrukcji narracyjnej i momentami, które w normalnym filmie byłyby błędem, a tutaj stają się paliwem napędowym całego widowiska.
Najmocniejszy element? Reakcja sali. Ludzie nie tylko się śmiali – oni ryczeli. Były brawa w trakcie seansu, były okrzyki, były momenty, w których ktoś głośno dopowiadał dialogi, jakby film i widownia prowadzili równoległy, improwizowany spektakl. A finał? Klaskanie na stojąco. Rzadko widzi się coś takiego poza premierami dużych hitów albo wydarzeniami festiwalowymi.
Ogromną rolę w tym wszystkim odegrało wprowadzenie Moniki Stolat – tradycyjnie dobre, rzeczowe, ustawiające kontekst. I trzeba to powiedzieć wprost: ono działa tu jak zapalnik. Ustawia widza na odpowiedni tor odbioru – nie „czy to jest dobre kino?”, tylko „jak bardzo to nas dziś zaskoczy”.
„Sarnie żniwo…” to film, który nie daje się oglądać biernie. Albo wchodzisz w ten dziwny rytm, albo zostajesz na zewnątrz i patrzysz z rosnącym zdumieniem, jak sala bawi się lepiej, niż powinna.
I może właśnie w tym tkwi jego siła. Nie w perfekcji. Nie w rzemiośle. Tylko w tym, że potrafi zamienić seans w zbiorowe doświadczenie – trochę jak dawne, dobre kino środowe, gdzie publiczność żyła razem z ekranem, a nie obok niego.
Czy to jest „dobry film”? To pytanie tutaj nie ma większego sensu. Lepsze brzmi: czy takie seanse jeszcze się zdarzają? Bo jeśli tak – warto je łapać, zanim znikną.
Są takie filmy, które ogląda się oczami. Są takie, które ogląda się sercem. I są takie, które uruchamiają wspomnienia. Dla mnie właśnie takim filmem okazało się „F1: Film” (F1: The Movie, USA 2025) w reżyserii Joseph Kosinski.
Do serii Scary Movie (Straszny film USA, Wielka Brytania 20026) mam spory sentyment. Na Horrorowisku pisałem już o innych częściach cyklu i zawsze traktowałem je jako ciekawy znak swoich czasów. Te filmy nie tylko parodiowały horrory, ale też wyśmiewały popkulturę, telewizję, reklamy i wszystko to, czym żyliśmy na początku XXI wieku.
Dlatego na nową odsłonę poszedłem do kina z mieszanką ciekawości i ostrożnego optymizmu.
Są filmy, które po latach ogląda się głównie z sentymentu. Są też takie, które mimo upływu czasu nadal potrafią wywołać niepokój. Do tej drugiej kategorii bez wątpienia należy 28 dni później (28 Days Later USA, Wielka Brytania, 2002).
Po seansie 28 lat później postanowiłem wrócić do początku historii wirusa Wściekłości. Wcześniej na Horrorowisku pisałem już o 28 tygodni później i pamiętam, jak bardzo podobało mi się rozwinięcie tego świata. Tym razem wróciłem do filmu, od którego wszystko się zaczęło.
Lubię książki, które oprócz dobrej historii zostawiają czytelnika z niepokojem. Nie takim tanim, wynikającym z brutalności czy epatowania przemocą, ale z refleksji, że świat przedstawiony na kartach powieści wcale nie musi być aż tak odległy od rzeczywistości. Tak właśnie miałem podczas lektury „Odwetu” Vincenta V. Severskiego (Czarna owca 2019).
To jedna z tych książek, które pochłania się błyskawicznie. Autor doskonale wie, jak budować napięcie, kiedy przyspieszyć akcję, a kiedy pozwolić czytelnikowi na chwilę oddechu. Efekt jest taki, że kolejne rozdziały znikają w tempie, które zawsze jest najlepszą rekomendacją dla powieści sensacyjnej.
Przyznam, że do „Send Help” (Pomocy USA 2026) podchodziłem z dużą ciekawością. Sam Raimi to przecież twórca, który od dekad udowadnia, że najlepiej czuje się tam, gdzie horror spotyka się z czarnym humorem. Twórca „Martwego zła”, „Armii ciemności” czy „Drag Me to Hell” tym razem zabiera nas na bezludną wyspę. Brzmi znajomo? Owszem. Ale tylko do pewnego momentu.
Punkt wyjścia jest prosty. Katastrofa lotnicza. Dwoje ocalałych. Linda Liddle i jej przełożony Bradley Preston trafiają na odciętą od świata wyspę, gdzie muszą walczyć o przetrwanie. Szybko okazuje się jednak, że natura nie jest ich największym problemem. Znacznie groźniejsze są wzajemne urazy, ambicje i narastająca psychologiczna wojna między bohaterami.
Są takie filmy historyczne, które ogląda się przede wszystkim dla widowiska. Są też takie, które przypominają, dlaczego pewne narodowe legendy przetrwały setki lat. „Wilhelm Tell” (Niemcy, Szwajcaria, USA, Wielka Brytania, Włochy 2024) należy właśnie do tej drugiej kategorii.
Jako miłośnik kina historycznego od lat wracam do opowieści o ludziach, którzy stawali przeciwko potężniejszym przeciwnikom.
Są takie historie, które z biegiem lat stają się bardziej aktualne zamiast się starzeć. Tak właśnie jest z „Uciekinierem” („The Running Man”, USA/Wielka Brytania, 2025), kolejną ekranizacją powieści Stephena Kinga napisanej pod pseudonimem Richard Bachman. Gdy czytałem książkę wiele lat temu, wydawała się ostrzeżeniem przed telewizją przyszłości. Dziś wygląda raczej jak reportaż z niedalekiego amerykańskiego jutra.
Akcja filmu przenosi nas do świata, w którym telewizyjne widowiska osiągnęły poziom, przy którym nawet najbardziej patologiczne reality show wydają się niewinną zabawą. Ben Richards zgłasza się do programu „Uciekinier”, aby zdobyć pieniądze potrzebne na leczenie swojej chorej córki.
Nie wiem, czy gdybym obejrzał „Pasażera” (Passenger USA 2026) w domu, zrobiłby na mnie równie duże wrażenie. Wiem natomiast jedno – w kinie ten film działa znakomicie. Ciemna sala, wielki ekran i dźwięk otaczający widza z każdej strony sprawiają, że bardzo łatwo wejść w ten świat. A gdy już się w nim znajdziemy, André Øvredal skutecznie przypomina nam, że czasem największy strach czai się nie w nawiedzonym domu czy opuszczonym szpitalu, ale na zwykłej drodze.
Są seriale, które wciągają od pierwszej minuty. Są też takie, przy których po prostu trzeba trafić na odpowiedni moment. Tak było u mnie z pierwszym sezonem „The Boys” (USA 2019). Kilka lat temu obejrzałem pierwszy odcinek i odpuściłem. Nie dlatego, że był zły. Wręcz przeciwnie. Był tak agresywny, brutalny i bezczelny, że zwyczajnie nie miałem ochoty oglądać dalej.
Teraz wróciłem. I muszę przyznać, że był to powrót udany.
"Krew dziewicy" (Blood of the Virgin, Kultura gniewu 2026 , którego autorem jest Sammy Harkham, zrobiła na mnie spore wrażenie, bo to komiks, który wygląda jak odnaleziona taśma filmowa z epoki schyłku starego Hollywood. Brudny, nerwowy, momentami duszny, ale jednocześnie hipnotyzujący. Sammy Harkham nie tworzy nostalgicznej pocztówki z lat 70. Nie ma tu romantycznego zachwytu nad „dawnym kinem”. Jest za to świat ludzi zmęczonych, niespełnionych i próbujących przetrwać w przemyśle, który mieli kochać, a który powoli ich pożera.
W czwartek znów dałem się wciągnąć w ten przedziwny rytuał. Znów usiadłem w sali warszawskiej Kinoteki na kolejnym pokazie cyklu "Najlepsze z najgorszych”. I znów – dokładnie w połowie seansu – zacząłem zadawać sobie stare, dobre pytanie: po co ja właściwie chodzę na te filmy? A potem przyszły napisy końcowe, światła się zapaliły i już wiedziałem, że wrócę na następny seans.
Kiedy kilka lat temu Monarch: Legacy of Monsters startował jako serialowy dodatek do MonsterVerse (Monarch: Dziedzictwo potworów sezon 2 USA, Japonia 2026), miałem sporo obaw. Kino o Godzilli od dawna cierpi na tę samą chorobę: ludzie gadają godzinami, a wielki jaszczur pojawia się na chwilę, żeby coś rozwalić i zniknąć za chmurą pyłu. Tymczasem drugi sezon nie tylko rozwija świat potworów, ale wreszcie zaczyna rozumieć, dlaczego widzowie kochają Godzillę od czasów japońskich filmów studia Toho Co., Ltd.