Są takie filmy, które ogląda się z podziwem. Są też takie, które ogląda się z wypiekami na twarzy, bo człowiek zastanawia się, jakim cudem ktoś wpadł na pomysł, żeby w ogóle je nakręcić. „Brudny Henryk” (Polska 2017) zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. I właśnie dlatego tak dobrze pasuje do cyklu „Najlepsze z Najgorszych”.
Recenzje horrorów, filmów SF, katastroficznych, ale też innych, które oglądam. Chwalę i ostro krytykuję. Bez żadnych skrupułów!
czwartek, 27 sierpnia 2026
„Brudny Henryk” – tak złe kino, że aż genialne! Pełna sala Kinoteki i najlepsza zabawa
poniedziałek, 22 czerwca 2026
Najlepsze z najgorszych: film, przy którym sala ryczała ze śmiechu
Są takie seanse, po których człowiek wychodzi z kina nie tyle z opinią, co z lekkim zwątpieniem w to, jak to możliwe, że coś takiego istniało poza jego radarami. I dokładnie tak było w przypadku „Sarnie żniwo, czyli pokusa statuetkowego szlaku” (Polska 2006).
Zacznę od rzeczy najprostszej, ale dziś już rzadkiej: zdumienia. Bo trudno uwierzyć, że ten tytuł, i – co równie ważne – nazwisko reżysera - Bartosz Walaszek, przez lata całkowicie mi umykały. A jeszcze trudniej uwierzyć, że w Kinotece bilety na kolejne pokazy schodziły jak świeże bułki z dobrego pieca. To nie był seans „z ciekawości”. To był seans „trzeba to zobaczyć, bo zaraz nie będzie miejsc”.
I rzeczywiście – publiczność przyszła jak na wydarzenie. A wyszła… jeszcze bardziej rozgrzana.
To jest kino, które idealnie mieści się w cyklu „Najlepsze z najgorszych”. Tego rodzaju produkcje żyją własnym życiem: balansują gdzieś między niezamierzonym absurdem, przesadą, dziwnością konstrukcji narracyjnej i momentami, które w normalnym filmie byłyby błędem, a tutaj stają się paliwem napędowym całego widowiska.
Najmocniejszy element? Reakcja sali. Ludzie nie tylko się śmiali – oni ryczeli. Były brawa w trakcie seansu, były okrzyki, były momenty, w których ktoś głośno dopowiadał dialogi, jakby film i widownia prowadzili równoległy, improwizowany spektakl. A finał? Klaskanie na stojąco. Rzadko widzi się coś takiego poza premierami dużych hitów albo wydarzeniami festiwalowymi.
Ogromną rolę w tym wszystkim odegrało wprowadzenie Moniki Stolat – tradycyjnie dobre, rzeczowe, ustawiające kontekst. I trzeba to powiedzieć wprost: ono działa tu jak zapalnik. Ustawia widza na odpowiedni tor odbioru – nie „czy to jest dobre kino?”, tylko „jak bardzo to nas dziś zaskoczy”.
„Sarnie żniwo…” to film, który nie daje się oglądać biernie. Albo wchodzisz w ten dziwny rytm, albo zostajesz na zewnątrz i patrzysz z rosnącym zdumieniem, jak sala bawi się lepiej, niż powinna.
I może właśnie w tym tkwi jego siła. Nie w perfekcji. Nie w rzemiośle. Tylko w tym, że potrafi zamienić seans w zbiorowe doświadczenie – trochę jak dawne, dobre kino środowe, gdzie publiczność żyła razem z ekranem, a nie obok niego.
Czy to jest „dobry film”? To pytanie tutaj nie ma większego sensu. Lepsze brzmi: czy takie seanse jeszcze się zdarzają? Bo jeśli tak – warto je łapać, zanim znikną.
sobota, 23 maja 2026
"Zemsta embriona" – film tak zły, że aż hipnotyzujący
W czwartek znów dałem się wciągnąć w ten przedziwny rytuał. Znów usiadłem w sali warszawskiej Kinoteki na kolejnym pokazie cyklu "Najlepsze z najgorszych”. I znów – dokładnie w połowie seansu – zacząłem zadawać sobie stare, dobre pytanie: po co ja właściwie chodzę na te filmy? A potem przyszły napisy końcowe, światła się zapaliły i już wiedziałem, że wrócę na następny seans.
Bo to po prostu… wciąga.
sobota, 18 kwietnia 2026
Serce gór plus Węże 2026 = niezapomniany wieczór w Kinotece
Są takie wieczory w kinie, kiedy człowiek idzie nie po sztukę, tylko po doświadczenie. I dokładnie tak było w Kinoteka, gdzie w cyklu „Najlepsze z najgorszych” pokazano Serce gór (Polska 2004). Film, który od lat krąży w półoficjalnym obiegu jako jeden z najbardziej spektakularnych wypadków przy pracy w historii polskiego kina.
Wieczór zaczął się zresztą od mocnego akcentu – ogłoszenia wyników nagrody Węże 2026, czyli naszych rodzimych anty-Oscarów. Tradycja piękna, potrzebna i – nie oszukujmy się – czasem bardziej szczera niż niejedna gala nagród. Bo jeśli kino ma być lustrem rzeczywistości, to i jego wpadki zasługują na refleksję. A „Serce gór” to materiał wręcz podręcznikowy.
poniedziałek, 6 kwietnia 2026
Pełna kinowa sala, cisza i niepokój. "Matka Joanna od Aniołów" po latach
Są takie filmy, które najlepiej działają w ciszy. Bez popcornu, bez szeptów, bez nerwowego zerkania na telefon. A potem trafiasz na seans, gdzie sala jest pełna – i nagle okazuje się, że właśnie to ma sens. Tak było w świąteczny wieczór w Kinotece. Tłum ludzi, Wielkanoc, a na ekranie film, który z religijnością nie ma nic wspólnego w sensie pocieszenia – raczej w sensie niepokoju.
Matka Joanna od Aniołów (Polska 1961) nie jest filmem łatwym ani "świątecznym" w klasycznym rozumieniu. To opowieść o opętaniu, ale takim, które bardziej rozgrywa się w człowieku niż w jakiejś nadprzyrodzonej przestrzeni. Do klasztoru przybywa ksiądz Suryn (Mieczysław Voit), by zmierzyć się z przypadkiem opętania zakonnic, a przede wszystkim tytułowej Matki Joanny (Lucyna Winnicka). I od początku wiadomo, że to nie będzie pojedynek dobra ze złem, tylko raczej walka człowieka z samym sobą.
czwartek, 27 marca 2025
Koszmar z ulicy Wiązowej. Mój pierwszy raz na ekranie kina!
W poniedziałek wybrałem się do warszawskiej Kinoteki, miejsca, które jak mało które w tym mieście (poza Iluzjonem) oddycha kinem w starym, dobrym stylu. I co? Zasiadłem w fotelu, zgasły światła, a na ekranie pojawił się "Koszmar z ulicy Wiązów" – ten pierwszy, klasyczny, z 1984 roku, w reżyserii Wesa Cravena. I powiem wam jedno: to jest film, który się nie starzeje!
Już od pierwszych minut czuć, że Craven wiedział, co robi. Ta historia o Freddym Kruegerze, spalonym mordercy w czerwono-zielonym swetrze i z rękawicą, która tnie jak brzytwa, to nie jest zwykły slasher. To coś więcej – senny koszmar, który wciąga jak bagno.
piątek, 16 czerwca 2023
50 lat od premiery! Egzorcysta - wersja reżyserska
Dzięki SplatFilmFest miałem okazję dwa dni temu obejrzeć, po raz pierwszy kultowego Egzorcystę (The Exorcist USA 1973) Williama Friedkina w kinie. I to dodatkowo, w wersji reżyserskiej z 2000 roku, której do tej pory nie miałem okazji zobaczyć. Seans zrobił niesamowite wrażenie, chociaż początkowo miałem obawy, gdy na salę zaczęła wchodzić ekipa z popcornem i nachosami...
Kinową wersję Egzorcysty widziałem kilka razy, zawsze robiła niesamowite wrażenie. Podobnie, jak książka Williama Petera Blatty'ego, którą miałem okazję przeczytać na początku lat 90.
niedziela, 30 października 2022
Coco: Wspaniała familijna opowieść na Dia des Muertos!
Zaczęło się od pomocy przy budowie ołtarza na Dia des Muertos w Kinotece. Filip, który jest wolontariuszem w swojej szkole wraz z siostrą Alą trafił tam, by pomagać (oczywiście okazało się, że najwięcej robiliśmy z Żoną, ale dzieciaki także dzielnie dawały radę (na zdjęciu znajdziecie gotowy ołtarz).
piątek, 27 sierpnia 2010
Wyspa zaginionych rozczarowuje
Hiszpańskie horrory zwykle są gwarantem dobrej zabawy. Niestety ubiegłoroczna Wyspa Zaginionych (Hierro) nie dostarczyła mi szczególnych emocji. A i samo kino Kinoteka nie sprawiło dobrego wrażenia. Ale nie ma co narzekać. Miłe towarzystwo zrekompensowało rozczarowanie filmem, który nie był, jak myślałem horrorem, a thrillerem.
Ale może trochę o treści: Młoda kobieta Maria (Elena Anaya znana m.in. z Van Helsinga, Porozmawiaj z nią i Wroga publicznego numer jeden) wyrusza na małą wyspę Hierro z 5 letnim synkiem Diego. Chłopiec ginie podczas podróży promem. Kobieta rozpoczyna poszukiwania. Okazuje się, że na tej wyspie nie jest to pierwsze zaginione dziecko.
Reżyserem tego filmu jest mi bliżej nieznany Javier Gullon. Treścią przypomina Plan Lotu. Film z Judie Foster był jednak zdecydowanie lepszy. Chociaż Wyspa Zaginionych na pewno broni się klimatem i świetnymi zdjęciami Alejandro Martineza, które powstawały na Wyspach Kanaryjskich). Nieco przypomina mi klimatem słynny już Sierociniec.
Popularne posty
Szukaj na tym blogu
Archiwum bloga
-
▼
2026
(76)
-
▼
sierpnia
(12)
- „Omen II” po latach. Film, który kiedyś mnie rozcz...
- „Skażenie” – ani nie straszy, ani nie śmieszy
- „Brudny Henryk” – tak złe kino, że aż genialne! Pe...
- Ostatni dom – kiedy morze postanawia upomnieć się ...
- Jack Ryan, którego pamiętam, już nie wróci
- „Wieczna wojna” – świetna opowieść antywojenna
- "Pułapka”, czyli kiedy polski serial kryminalny na...
- Nie ma głupich. Przewidywalny Coben, którego czyta...
- Spider-Man: Całkiem nowy dzień – recenzja. Lepszy,...
- Czarne lustro – sezon 7. Przyszłość, która już puk...
- Bruce Wszechmogący po latach – czy komedia z Jimem...
- „Markiz” – Piotrowski znów nie bierze jeńców
-
▼
sierpnia
(12)
-
►
2025
(118)
- ► października (14)
-
►
2024
(134)
- ► października (12)
-
►
2023
(180)
- ► października (19)
-
►
2022
(148)
- ► października (12)
-
►
2021
(206)
- ► października (14)
-
►
2020
(228)
- ► października (12)
-
►
2019
(169)
- ► października (17)
-
►
2018
(145)
- ► października (14)
-
►
2017
(55)
- ► października (3)
-
►
2016
(88)
- ► października (10)
-
►
2015
(18)
- ► października (5)
-
►
2014
(16)
- ► października (1)
-
►
2013
(53)
- ► października (6)
-
►
2012
(54)
- ► października (3)
-
►
2011
(70)
- ► października (5)
-
►
2010
(37)
- ► października (2)
-
►
2009
(130)
- ► października (17)
-
►
2008
(174)
- ► października (26)







