Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sobota. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sobota. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 sierpnia 2026

„Brudny Henryk” – tak złe kino, że aż genialne! Pełna sala Kinoteki i najlepsza zabawa

Są takie filmy, które ogląda się z podziwem. Są też takie, które ogląda się z wypiekami na twarzy, bo człowiek zastanawia się, jakim cudem ktoś wpadł na pomysł, żeby w ogóle je nakręcić. „Brudny Henryk” (Polska 2017) zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. I właśnie dlatego tak dobrze pasuje do cyklu „Najlepsze z Najgorszych”.

Dzisiaj w warszawskiej Kinotece sala była pełna, a na seansie pojawili się również twórcy i aktorzy filmu. I to był jeden z tych przypadków, kiedy atmosfera na sali jest niemal równie ważna jak sam film. Śmiech, komentarze, reakcje publiczności – wielki entuzjazm - wszystko razem stworzyło dokładnie taki rodzaj kinowego doświadczenia, dla którego warto czasem odłożyć streaming i pójść do kina.

Bo „Brudny Henryk” to rzecz absolutnie osobliwa. Michał Domaszewski zabiera nas do Warszawy lat 80., ale jest to Warszawa oglądana przez filtr kompletnie nieskrępowanej wyobraźni. Mamy cinkciarzy, przemytników, pseudokibiców, milicjantów, księży, gangsterów, raperów i całą galerię postaci, które najwyraźniej żyją w świecie, w którym logika dawno wysiadła na przystanku końcowym.

Na pierwszym planie jest oczywiście Brudny Henryk – milicjant, komunista i, jak głosi słynny opis filmu, „sex maszyna”. Razem z sierżantem Kłysiem rusza do walki z przestępczym półświatkiem. Henryk kieruje się przy tym prostą zasadą: „najważniejsza jest prewencja”. Problem w tym, że jego rozumienie prewencji jest dość… radykalne.

Film świadomie czerpie z estetyki kina klasy B. Aktorzy pojawiają się w kilku rolach, dialogi potrafią być kompletnie absurdalne, efekty specjalne mają własną definicję słowa „specjalne”, a fabuła momentami podąża w kierunku, którego chyba nie przewidzieliby nawet sami twórcy.

I właśnie tutaj pojawia się najważniejsze pytanie: czy „Brudny Henryk” jest po prostu nieudanym filmem?

Moim zdaniem – nie. To film, który doskonale rozumie, czym chce być. Nie próbuje udawać wysokobudżetowego kina sensacyjnego. Nie wstydzi się swoich niedoskonałości. Przeciwnie – robi z nich swój największy atut. Jest w tym ogromna dawka pasji, poczucia humoru i miłości do kina.

A dzisiejszy seans pokazał jeszcze coś ważniejszego. „Brudny Henryk” najlepiej działa oglądany razem z innymi. W domu można oczywiście docenić absurd poszczególnych scen, ale w pełnej sali Kinoteki wszystko nabiera zupełnie innego wymiaru. Publiczność reaguje, śmieje się, komentuje, a film staje się wspólną zabawą.

I właśnie dlatego tak lubię fenomen „Najlepszych z Najgorszych”.

To nie jest zwykły przegląd filmów, które ktoś uznał za słabe. To celebracja kina, które wymknęło się wszystkim możliwym kategoriom. Od lat cykl pokazuje, że filmowa porażka może być równie fascynująca jak wielkie arcydzieło. A czasami nawet bardziej. Bo przy perfekcyjnie zrobionym filmie możemy podziwiać warsztat. Przy „Brudnym Henryku” możemy jeszcze zadawać sobie pytanie: „Ale oni naprawdę to nakręcili?!”.

I chyba właśnie za to kochamy takie kino.

„Brudny Henryk” nie jest filmem dla każdego. Ale jeżeli ktoś potrafi czerpać przyjemność z absurdu, złego dobrego kina, VHS-owej estetyki i filmowych pomysłów, które normalnie nie powinny ujrzeć światła dziennego – będzie się bawił znakomicie.

Ja bawiłem się świetnie. Pełna sala Kinoteki, obecność twórców i aktorów, reakcje publiczności i sam film sprawiły, że był to jeden z tych seansów, po których wychodzi się z kina z poczuciem, że właśnie uczestniczyło się w czymś więcej niż tylko projekcji.

A „Najlepsze z Najgorszych”? Cóż, pozostaje jednym z najlepszych dowodów na to, że kino nie zawsze musi być dobre, żeby być świetne.


Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga