Są takie historie, które z biegiem lat stają się bardziej aktualne zamiast się starzeć. Tak właśnie jest z „Uciekinierem” („The Running Man”, USA/Wielka Brytania, 2025), kolejną ekranizacją powieści Stephena Kinga napisanej pod pseudonimem Richard Bachman. Gdy czytałem książkę wiele lat temu, wydawała się ostrzeżeniem przed telewizją przyszłości. Dziś wygląda raczej jak reportaż z niedalekiego amerykańskiego jutra.
Akcja filmu przenosi nas do świata, w którym telewizyjne widowiska osiągnęły poziom, przy którym nawet najbardziej patologiczne reality show wydają się niewinną zabawą. Ben Richards zgłasza się do programu „Uciekinier”, aby zdobyć pieniądze potrzebne na leczenie swojej chorej córki. Zasady są proste: trzeba przetrwać, uciekając przed zawodowymi zabójcami, a każdy ruch uczestnika jest transmitowany milionom widzów. Im dłużej żyje, tym większe są nagrody i oglądalność. Problem w tym, że cały system został zaprojektowany tak, aby zwycięzców nie było.
To właśnie ten motyw działa dziś najmocniej. W czasach niekończących się politycznych sporów, mediów społecznościowych zamieniających wszystko w widowisko i coraz większych podziałów społecznych trudno nie dostrzec podobieństw do współczesnej rzeczywistości. Oglądając „Uciekiniera”, wielokrotnie miałem wrażenie, że Edgar Wright nie opowiada o przyszłości, lecz o teraźniejszości. Zwłaszcza w okresie rządów Donalda Trumpa ta opowieść o manipulacji mediami, kreowaniu wrogów i zamienianiu polityki w spektakl brzmi wyjątkowo aktualnie.
W głównej roli wystąpił Glen Powell, którego widzowie mogą pamiętać z Top Gun: Maverick czy Twisters. Powell nie próbuje kopiować Arnolda Schwarzeneggera i bardzo dobrze. Jego Ben Richards jest bardziej zwykłym człowiekiem niż superbohaterem. Dzięki temu łatwiej uwierzyć w jego strach, desperację i determinację.
Świetnie wypada także Josh Brolin jako bezwzględny producent telewizyjnego widowiska. To aktor, którego trudno nie kojarzyć z No Country for Old Men czy Avengers: Endgame. Na drugim planie pojawiają się również Colman Domingo, Michael Cera, Lee Pace oraz William H. Macy.
Za kamerą stanął Edgar Wright, twórca takich filmów jak Baby Driver, Shaun of the Dead czy Last Night in Soho. Jego charakterystyczny styl jest tu widoczny niemal w każdej scenie. Dynamiczny montaż, tempo narracji i energia sprawiają, że ponad dwie godziny seansu mijają zaskakująco szybko. Muzykę skomponował Steven Price, laureat Oscara za film Grawitacja.
Nie sposób też nie wspomnieć o poprzedniej ekranizacji. „Uciekinier” z 1987 roku z Arnold Schwarzenegger był klasycznym kinem akcji epoki VHS. Niezbyt wiernym książce, za to pełnym muskularnych bohaterów, efektownych pojedynków i niezapomnianych tekstów. Nowa wersja jest znacznie bliższa duchowi powieści Kinga i bardziej zainteresowana satyrą społeczną niż pokazem siły głównego bohatera.
Czy wszystko działa idealnie? Nie do końca. Przez większą część filmu napięcie jest znakomite, a krytyka medialnego spektaklu trafia w punkt. Problem pojawia się pod koniec. Finał, który mógł pozostawić widza z gorzką refleksją, skręca w stronę bardziej hollywoodzkiego rozwiązania. Nie psuje to całego filmu, ale odbiera mu część siły rażenia.
Mimo tego „Uciekinier” to jedna z ciekawszych ekranizacji Stephena Kinga ostatnich lat. Film efektowny, inteligentny i niepokojąco aktualny. Dla fanów autora „Lśnienia” obowiązkowy, dla miłośników kina science fiction – bardzo solidna propozycja, a dla tych, którzy pamiętają Schwarzeneggera z kaset VHS, interesująca okazja do porównania dwóch zupełnie różnych podejść do tej samej historii.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz