czwartek, 16 lipca 2026

"Wirus elit" – świetny pomysł, który nie wytrzymał własnego ciężaru

Są filmy science fiction, które wykorzystują fantastykę do zadawania niewygodnych pytań o współczesny świat. „Wirus elit” (Rich Flu Hiszpania, USA, Chile 2024) w reżyserii Galdera Gaztelu-Urrutii, twórcy znakomitej „Platformy”, zapowiadał się właśnie na takie kino. Punkt wyjścia jest kapitalny – tajemnicza choroba zabija wyłącznie najbogatszych ludzi na świecie. Milionerzy i miliarderzy w panice próbują pozbyć się majątków, bo pieniądze stają się wyrokiem śmierci. To satyra, thriller i dystopijna opowieść w jednym.

Niestety, po świetnym początku film zaczyna gubić rytm. Scenariusz ma kilka naprawdę błyskotliwych pomysłów na pokazanie, jak szybko zmieniają się społeczne hierarchie i jak kruche są fundamenty współczesnego kapitalizmu. Problem w tym, że twórcy zamiast rozwijać te idee, uciekają w kolejne zwroty akcji, które często wydają się przypadkowe. Im dalej w las, tym mniej logiki, a więcej chaosu.

Na ekranie pojawia się solidna obsada. Mary Elizabeth Winstead przekonująco prowadzi swoją bohaterkę przez świat ogarnięty paniką, partnerują jej Rafe Spall, Timothy Spall i Lorraine Bracco. Aktorzy robią, co mogą, ale nawet oni nie są w stanie uratować historii, która coraz częściej rozmija się z własnymi założeniami.

Od strony realizacyjnej trudno mieć większe zastrzeżenia. Zdjęcia budują atmosferę niepokoju, scenografia wiarygodnie pokazuje świat rozpadających się elit, a tempo przez długi czas nie pozwala się nudzić. Galder Gaztelu-Urrutia ponownie udowadnia, że potrafi tworzyć sugestywne obrazy i budować napięcie.

Największym problemem filmu jest jednak niewykorzystany potencjał. To historia, która mogła być bezlitosną satyrą na współczesny świat, ekonomiczne nierówności i kult bogactwa. Zamiast tego dostajemy widowisko, które coraz bardziej skupia się na efektownych wydarzeniach, zapominając o tym, co na początku było najciekawsze.

Mimo wszystko „Wirus elit” ogląda się z zainteresowaniem. To jeden z tych filmów, które prowokują do dyskusji, nawet jeśli ostatecznie pozostawiają spory niedosyt. Gdyby scenariusz był równie mocny jak sam pomysł, moglibyśmy mówić o jednym z ciekawszych filmów science fiction ostatnich lat. Tak pozostaje intrygującą, ale zmarnowaną okazją.



Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga