niedziela, 21 czerwca 2026

F1. Kino, które przypomniało mi, dlaczego pokochałem wyścigi

Są takie filmy, które ogląda się oczami. Są takie, które ogląda się sercem. I są takie, które uruchamiają wspomnienia. Dla mnie właśnie takim filmem okazało się „F1: Film” (F1: The Movie, USA 2025) w reżyserii Joseph Kosinski.

Nie jestem dziś już tak zaangażowanym kibicem Formuły 1 jak kiedyś. Był jednak czas, gdy wyścigi oglądałem niemal namiętnie. To były lata, kiedy po torach ścigał się Jacques Villeneuve, a niedzielne transmisje stanowiły obowiązkowy punkt weekendu. Pamiętam emocje związane z pojedynkami kierowców, walką o ułamki sekund i atmosferą wielkiego sportowego spektaklu. „F1” sprawiło, że choć na chwilę wróciłem do tamtych czasów.

Fabuła filmu koncentruje się na Sonnym Hayesie, byłym kierowcy Formuły 1, który po latach wraca do świata wyścigów. Jego zadaniem jest nie tylko ponowne zasiadanie za kierownicą bolidu, ale także pomoc młodemu, niezwykle utalentowanemu zawodnikowi Joshua Pearce'owi. Historia nie jest może szczególnie odkrywcza – podobne opowieści o mentorze i uczniu widzieliśmy już wielokrotnie – jednak twórcy potrafili nadać jej odpowiednie tempo i emocje.

Największą siłą filmu są jednak same wyścigi. Kosinski, który wcześniej zachwycił widzów filmem Top Gun: Maverick, ponownie pokazuje, że doskonale rozumie kino widowiskowe. Kamera znajduje się tam, gdzie widz chciałby być – tuż przy kierowcy, kilka centymetrów od asfaltu, w samym środku walki o kolejne pozycje. Dawno nie oglądałem filmu sportowego, który tak skutecznie oddawałby prędkość.

Ogromne wrażenie robi również realizm. Zdjęcia powstawały podczas prawdziwych weekendów wyścigowych Formuły 1, dzięki czemu ekranowe wydarzenia wyglądają autentycznie. Czuć atmosferę padoku, napięcie przed startem i gigantyczną presję, jaka ciąży na kierowcach oraz całych zespołach.

W głównej roli świetnie wypada Brad Pitt. Jego Sonny Hayes jest zmęczony życiem, ale jednocześnie wciąż głodny rywalizacji. To postać, której łatwo kibicować. Dobrze partneruje mu Damson Idris jako młody Joshua Pearce. W obsadzie pojawiają się również Javier Bardem oraz Kerry Condon.

Warto wspomnieć także o muzyce. Za ścieżkę dźwiękową odpowiada Hans Zimmer, który kolejny raz udowadnia, że potrafi budować napięcie niemal samym dźwiękiem. Muzyka idealnie współgra z obrazem i sprawia, że nawet spokojniejsze sceny mają odpowiednią energię.

Dla starszych kibiców Formuły 1 będzie to sentymentalna podróż do czasów, gdy nazwiska takie jak Villeneuve, Häkkinen czy Schumacher rozpalały wyobraźnię milionów fanów. Ja podczas seansu kilka razy złapałem się na tym, że bardziej niż sam film przypominałem sobie własne emocje sprzed lat.

I być może właśnie to jest największa zaleta „F1”. Nie tylko pokazuje współczesne wyścigi. Przypomina też, dlaczego kiedyś tak bardzo je kochaliśmy.



Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga