Są takie wieczory w kinie, kiedy człowiek idzie nie po sztukę, tylko po doświadczenie. I dokładnie tak było w Kinoteka, gdzie w cyklu „Najlepsze z najgorszych” pokazano Serce gór (Polska 2004). Film, który od lat krąży w półoficjalnym obiegu jako jeden z najbardziej spektakularnych wypadków przy pracy w historii polskiego kina.
Wieczór zaczął się zresztą od mocnego akcentu – ogłoszenia wyników nagrody Węże 2026, czyli naszych rodzimych anty-Oscarów. Tradycja piękna, potrzebna i – nie oszukujmy się – czasem bardziej szczera niż niejedna gala nagród. Bo jeśli kino ma być lustrem rzeczywistości, to i jego wpadki zasługują na refleksję. A „Serce gór” to materiał wręcz podręcznikowy.
Już od pierwszych minut wiadomo, że mamy do czynienia z dziełem osobnym. Dialogi brzmią tak, jakby ktoś przepuścił je przez translator z lat 90., a potem zapomniał poprawić. Fabuła? Jest, owszem, ale sprawia wrażenie, jakby powstawała na bieżąco – scena po scenie, bez oglądania się za siebie. I w tym wszystkim aktorzy, którzy robią, co mogą, by utrzymać tę konstrukcję w pionie. A wątek dziadka z wnukami? No cóż... zabrakło pieniędzy to wprowadzono narratora, który opowiada to czego nie widzimy!
Na pierwszej linii frontu stoją Radosław Pazura i Michał Żurawski. I teraz rzecz najtrudniejsza: jak o tym pisać, żeby nie popaść w tanią złośliwość? Bo łatwo powiedzieć „kicz”, trudniej zobaczyć, co się za nim kryje. Pazura gra z pełnym przekonaniem, jakby był w zupełnie innym filmie – może lepszym, może tylko lepiej napisanym. Nawet wydaje mi się, że jemu się wydaje, że jest bohaterem kultowego Bravehearta! Żurawski z kolei zdaje się lawirować między powagą a niezamierzoną autoparodią. Efekt? Momentami hipnotyzujący. Bo kiedy kino przestaje udawać, że ma kontrolę, zaczyna być… prawdziwe w swojej nieporadności. Myślę, że jednak obaj wstydzą się tej produkcji...
Publiczność w Kinotece reagowała tak, jak powinna: śmiechem, gromkimi oklaskami, ale nie pogardą. To ważne rozróżnienie. „Serce gór” nie jest filmem złym w sensie cynicznym. To nie jest produkcja skalkulowana na łatwy efekt. To raczej przykład tego, co dzieje się, gdy ambicja rozmija się z warsztatem. I może dlatego ogląda się to dziś z pewną czułością – jak stare kasety VHS z filmami akcji, które kochaliśmy mimo ich wszystkich niedoskonałości.
Nie ma tu wielkiej muzyki, która ratowałaby napięcie. Zdjęcia momentami przypominają szkolne etiudy, a montaż zdaje się mówić: „jakoś to będzie”. A jednak – i tu dochodzimy do sedna – „Serce gór” działa. Nie tak, jak chcieli twórcy, ale działa. Wciąga, prowokuje, bawi. Zostawia też pytanie: gdzie właściwie przebiega granica między złym filmem a filmem kultowym? Kilka dni temu wyprzedało dwa seanse w Kinotece.
Bo kult nie rodzi się z perfekcji. Rodzi się z emocji. A tych tu nie brakuje – nawet jeśli są to emocje nie do końca zamierzone.
Wracając z Kinoteki, miałem wrażenie, że uczestniczyłem nie tyle w seansie, co w rytuale. Wspólnym oglądaniu czegoś, co wymyka się standardowym ocenom. I może właśnie dlatego takie cykle jak „Najlepsze z najgorszych” mają sens. Przypominają, że kino to nie tylko nagrody, festiwale i dopracowane produkcje. To także potknięcia, które – paradoksalnie – zostają z nami na dłużej.
A „Serce gór”? Cóż. To nie jest film dobry. Ale na pewno jest niezapomniany. I w świecie, w którym tyle rzeczy przelatuje przez głowę bez śladu, to już naprawdę sporo.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz