Są takie powroty, które z definicji nie powinny się wydarzyć. Nowa The Mummy (Mumia: Film Lee Cronina USA, Irlandia 2026) opowiada właśnie o takim powrocie – i robi to w sposób, który bardziej uwiera niż daje czystą rozrywkę. To już nie jest przygodowa pocztówka z Egiptu, tylko historia, która wchodzi do domu, siada przy stole i zaczyna psuć powietrze.
Punktem wyjścia jest sytuacja niemal reporterska: dziewczynka znika z domu podczas pobytu w Egipcie, by po latach wrócić do rodziny. Problem w tym, że wraca ktoś inny. Coś innego. I od tej chwili wszystko zaczyna się rozjeżdżać – relacje, emocje, poczucie bezpieczeństwa. Ten film nie opowiada o odkrywaniu starożytnej klątwy, tylko o tym, co się dzieje, kiedy ta klątwa przychodzi do ciebie i zamieszkuje pod jednym dachem.
Lee Cronin robi tu ruch odważny i – jak na dzisiejsze standardy – wręcz staroświecki w najlepszym znaczeniu tego słowa. Zamiast efektów i przygodowej energii dostajemy duszny, momentami bardzo fizyczny horror, który bardziej przypomina opowieści o opętaniu niż klasyczne kino grobowców i sarkofagów. To kino nie tyle straszy, co drąży – jak kropla wody, która z czasem rozsadza skałę.
Czuć, że to film osobisty. Nie ma tu ucieczki w ironię ani w żart, który rozładowałby napięcie. Jest za to konsekwentne budowanie niepokoju i poczucia, że coś jest fundamentalnie nie tak – z ciałem, z pamięcią, z samą ideą powrotu. Mumia u Cronina nie jest potworem z legendy. Jest czymś znacznie gorszym: obecnością, której nie da się wyrzucić za drzwi.
Obsadowo film stoi na solidnych nogach. Jack Reynor i Laia Costa grają rodziców, którzy próbują zrozumieć sytuację, na którą nie ma żadnego racjonalnego języka. I robią to bez fałszu – bez wielkich gestów, raczej poprzez drobne pęknięcia, spojrzenia, momenty zawahania. W tle pojawia się też May Calamawy, wprowadzając dodatkowy kontekst kulturowy i emocjonalny, który nie jest tylko ozdobnikiem.
Od strony realizacyjnej to film świadomie "brudny”. Zdjęcia są niemal surowe, jakby ktoś celowo odarł tę historię z egzotycznego blasku. Muzyka nie prowadzi widza za rękę, tylko podbija napięcie gdzieś pod skórą. To wszystko razem daje efekt kina, które bardziej się odczuwa niż ogląda – i które momentami potrafi być zwyczajnie niewygodne.
Jeśli ktoś szuka tu ducha dawnych odsłon serii, z ich przygodowym rozmachem i lekkim tonem, może się poczuć rozczarowany. Ale jeśli pamięta czasy, kiedy horror miał nie tylko bawić, ale też niepokoić i zostawiać ślad, to ta Mumia ma coś do powiedzenia. Może nie jest filmem idealnym, może chwilami gubi rytm, ale ma jedną rzadką dziś cechę: odwagę, żeby pójść pod prąd oczekiwań.
I w tym sensie to nie jest kolejna próba odkopania znanej historii. To raczej próba sprawdzenia, co się stanie, kiedy zamiast otwierać grobowiec, pozwolimy temu, co w nim było, wejść do środka naszego świata.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz