czwartek, 18 czerwca 2026

28 dni później – dlaczego ten horror wciąż robi ogromne wrażenie?

Są filmy, które po latach ogląda się głównie z sentymentu. Są też takie, które mimo upływu czasu nadal potrafią wywołać niepokój. Do tej drugiej kategorii bez wątpienia należy 28 dni później (28 Days Later USA, Wielka Brytania, 2002).

Po seansie 28 lat później postanowiłem wrócić do początku historii wirusa Wściekłości. Wcześniej na Horrorowisku pisałem już o 28 tygodni później i pamiętam, jak bardzo podobało mi się rozwinięcie tego świata. Tym razem wróciłem do filmu, od którego wszystko się zaczęło.

I nadal robi wrażenie.

Historia jest prosta. Kurier rowerowy Jim budzi się ze śpiączki w londyńskim szpitalu. Wychodzi na ulice i odkrywa, że świat, który znał, przestał istnieć. Większość mieszkańców Wielkiej Brytanii została zainfekowana wirusem Wściekłości, a ci, którzy przeżyli, próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Ale co ważne, co było wcześniej. Obrońcy praw zwierząt (ALF?) uwalniają zainfekowane jakimś wirusem małpy. 

To, co uderza najmocniej, to atmosfera. Opuszczony Londyn wygląda naprawdę niepokojąco. Dzisiaj widzowie są przyzwyczajeni do cyfrowych efektów i komputerowo generowanych panoram miast. Danny Boyle osiągnął podobny efekt znacznie prostszymi środkami. Puste ulice, brak ludzi i wszechobecna cisza tworzą klimat, który pamięta się długo po seansie.

Film często trafia do zestawień produkcji o zombie, choć formalnie nie ma tu żywych trupów. Zarażeni są żywymi ludźmi, których wirus pozbawił kontroli nad własnym zachowaniem. To ważna różnica, ale dla widza nie ma większego znaczenia. Tak czy inaczej spotkanie z nimi kończy się zwykle bardzo źle.

Najciekawsze jest jednak to, że z czasem zagrożenie ze strony zainfekowanych schodzi na drugi plan. Alex Garland, autor scenariusza, bardziej interesuje się ludźmi niż samą epidemią. Pokazuje, jak szybko rozpadają się zasady, które uznajemy za oczywiste. Jak łatwo strach może zastąpić moralność. I jak cienka jest granica między człowieczeństwem a brutalnością.

Wielką siłą filmu jest obsada. Cillian Murphy stworzył bohatera, któremu od początku kibicujemy. Jim nie jest herosem. Jest zwykłym człowiekiem wrzuconym w sytuację, której nie rozumie. Bardzo dobrze wypada również Naomie Harris jako Selena oraz Brendan Gleeson jako Frank. To właśnie relacje między bohaterami sprawiają, że film działa nie tylko jako horror, ale także jako dramat o przetrwaniu.

Nie sposób nie wspomnieć o muzyce Johna Murphy'ego. Utwór „In the House – In a Heartbeat” należy dziś do najbardziej rozpoznawalnych kompozycji w historii współczesnego kina grozy. Doskonale współgra z obrazem i buduje napięcie tam, gdzie nie są potrzebne ani hektolitry krwi, ani wyszukane efekty specjalne.

Wracając do 28 dni później po latach, najbardziej zaskoczyło mnie to, jak dobrze ten film się broni. Oczywiście widać, że powstał ponad dwie dekady temu. Widać też ograniczenia techniczne. Nie przeszkadza to jednak w odbiorze. Wręcz przeciwnie. Surowość obrazu dodaje autentyczności historii o świecie, który rozpadł się niemal z dnia na dzień.

Po sukcesie filmu powstały 28 tygodni później i najnowsze 28 lat później. Każdy z nich opowiada nieco inną historię, ale fundament pozostaje ten sam. To właśnie tutaj Danny Boyle i Alex Garland stworzyli świat, który do dziś pozostaje jednym z najciekawszych w historii współczesnego horroru.

Nie jest to najkrwawszy horror początku XXI wieku. Nie jest też najstraszniejszy. Jest za to jednym z tych filmów, które zostają w pamięci na długo. A to często znaczy znacznie więcej.



Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga