Są filmy, które składają hołd dawnemu kinu. I są takie, które jedynie przebierają się w jego kostium. Niestety „Człowiek-ośmiornica” (Mantopus! USA 2025) należy do tej drugiej kategorii.
Twórcy wyraźnie chcieli odtworzyć atmosferę tanich horrorów i filmów science fiction z lat 50., 60. i 70. Jest ziarnisty obraz, odpowiednia kolorystyka, charakterystyczna scenografia, przerysowane aktorstwo i potwór, który wygląda tak, jakby uciekł z kina klasy B. Problem w tym, że wszystko sprawia wrażenie starannie zaprojektowanego eksperymentu, a nie filmu, który rzeczywiście powstał w tamtej epoce.
Stare produkcje miały w sobie coś, czego nie da się odtworzyć komputerowo ani najbardziej dopracowaną stylizacją. Ich twórcy byli śmiertelnie poważni. Nawet jeśli dziś gumowy potwór wywołuje uśmiech, to pół wieku temu miał naprawdę straszyć. Ta szczerość i wiara we własny pomysł nadawały tym filmom niepowtarzalny urok.
„Człowiek-ośmiornica” nie ma tej autentyczności. To świadoma gra z konwencją, nieustanne mruganie okiem do widza i odhaczanie kolejnych elementów z listy: ziarno – jest, tandetne efekty – są, sztuczne dialogi – są. Tyle że z samej checklisty klimat się nie rodzi.
Największym problemem filmu jest właśnie jego wykalkulowanie. Za bardzo chce być kultowy, za bardzo chce przypominać kino sprzed dekad. Tymczasem kultowe filmy rzadko planowały zostać kultowymi. Po prostu powstawały w określonym czasie, z określonym budżetem i możliwościami technicznymi. Ich niedoskonałości były naturalne. Tutaj są wyłącznie odgrywane.
Nie oznacza to, że film ogląda się źle. To całkiem sprawnie zrealizowana zabawa konwencją, w której widać sympatię twórców do klasycznych horrorów i monster movies. Problem w tym, że zamiast poczuć zapach starego kina, czuć zapach świeżo otwartego sklepu z gadżetami retro.
Stylizacja okazuje się jedynie kostiumem. A kostium, nawet najlepiej uszyty, nie zastąpi duszy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz