poniedziałek, 13 lipca 2026

Wojna światów (2025) – infantylna rozrywka na jeden wieczór

Przyznam szczerze – nie spodziewałem się po tej wersji „Wojny światów” (War of the Worlds Niemcy, USA 2025) sprzed dwóch lat absolutnie niczego. Klasyczna powieść H.G. Wellsa doczekała się już wielu ekranizacji, z których najbardziej pamiętana pozostaje widowiskowa wersja Stevena Spielberga z Tomem Cruise'em. Tym razem twórcy poszli jednak w zupełnie innym kierunku. Powstał film kameralny, opowiedziany niemal wyłącznie za pomocą ekranów komputerów, telefonów i monitoringu. Brzmi ciekawie. Efekt końcowy jest już znacznie mniej imponujący.

Głównym bohaterem jest analityk pracujący dla amerykańskich służb, który z bezpiecznego centrum dowodzenia obserwuje wydarzenia rozgrywające się na całym świecie. W chwili, gdy Ziemia staje się celem tajemniczej inwazji, próbuje nie tylko zrozumieć, co się dzieje, ale również odnaleźć i uratować swoją rodzinę. Cała historia prowadzona jest z perspektywy komputerowych pulpitów, rozmów wideo, kamer przemysłowych i transmisji internetowych.

To rozwiązanie mogło stworzyć bardzo intensywny thriller. Problem w tym, że scenariusz często sprawia wrażenie pisanego na kolanie. Bohaterowie podejmują decyzje, które trudno uznać za logiczne, dialogi bywają sztuczne, a kolejne zwroty akcji są przewidywalne lub zwyczajnie naiwne. W wielu momentach miałem wrażenie, że twórcy liczyli, iż widz przymknie oko na wszystkie niedorzeczności tylko dlatego, że akcja toczy się szybko.

Nie pomaga również budżet. Film wyraźnie powstał za niewielkie pieniądze. Efekty specjalne są skromne, skala zagrożenia rzadko robi wrażenie, a światowej katastrofy właściwie nie czuć. Zamiast wielkiego widowiska dostajemy serię rozmów przy monitorach i komunikatów wyświetlanych na ekranach.

Paradoksalnie właśnie ta oszczędna forma okazuje się największą zaletą filmu. Mimo wszystkich wad historia potrafi wciągnąć. Chciałem wiedzieć, co wydarzy się za chwilę, jak rozwinie się inwazja i czy bohaterowi uda się dotrzeć do najbliższych. To nie jest kino, które zachwyca wykonaniem, ale takie, które całkiem sprawnie podtrzymuje ciekawość.

Na uwagę zasługuje również obsada. Główną rolę zagrał Ice Cube, który tym razem wciela się w człowieka próbującego zachować zimną krew w sytuacji całkowitego chaosu. Towarzyszą mu między innymi Eva Longoria, Clark Gregg i Andrea Savage. Aktorzy robią, co mogą, ale nawet oni nie są w stanie całkowicie zamaskować słabości scenariusza.

Nie mam nic przeciwko eksperymentom formalnym. Filmy opowiadane z perspektywy ekranów potrafią być znakomite, czego dowiodły choćby „Searching” czy „Host”. Tutaj jednak zabrakło zarówno napięcia, jak i wiarygodności. Został pomysł, który nie doczekał się równie dobrego wykonania.

„Wojna światów” (2025) to film infantylny, naiwny i wyraźnie niskobudżetowy. Gdybym oceniał go wyłącznie pod względem jakości scenariusza i realizacji, wystawiłbym bardzo niską notę. Ale jest jeszcze jeden element, którego nie można mu odmówić – ogląda się go z zaskakującą łatwością. To produkcja, która bardziej przypomina długą internetową relację z katastrofy niż pełnoprawne widowisko science fiction, jednak mimo wszystko potrafi zatrzymać widza przed ekranem do samego końca.

Nie jest to dobra ekranizacja klasyki Wellsa. To raczej ciekawostka, którą można obejrzeć z czystej ciekawości, pamiętając, by nie oczekiwać ani wielkiego kina science fiction, ani szczególnie inteligentnej historii.



Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga