„Nie ma głupich” (Nobody's fool Wydawnictwo Albatros 20026) nie jest może powieścią, która wywróci do góry nogami moje spojrzenie na kryminał. Coben ma już swoje sprawdzone patenty i właściwie od początku można się domyślać, dokąd ta historia zmierza. Bywa przewidywalny, momentami nawet bardzo. Ale… zupełnie mi to nie przeszkadzało.
Bo Coben przede wszystkim świetnie opowiada. Jest tempo, są kolejne tajemnice, zwroty akcji i pytania, na które chcemy jak najszybciej poznać odpowiedź. Czyta się to błyskawicznie – dokładnie tak, jak powinno się czytać dobry thriller: „jeszcze tylko jeden rozdział”… i nagle okazuje się, że jest druga w nocy.
„Nie ma głupich” nie próbuje być literackim arcydziełem i chyba właśnie dlatego tak dobrze działa. To bardzo sprawna, wciągająca rozrywka, z charakterystycznym dla Cobena mieszaniem rodzinnych sekretów, kłamstw, zagadek i przeszłości, która oczywiście prędzej czy później upomina się o swoje.
Najważniejsze jednak, że cieszę się, że znowu wróciłem do czytania Cobena. Czasami nie trzeba odkrywać Ameryki. Wystarczy dostać dobrze opowiedzianą historię, która wciągnie od pierwszych stron i pozwoli na kilka godzin zapomnieć o całym świecie.
A „Nie ma głupich” właśnie to robi. Przewidywalny? Trochę. Wciągający? Zdecydowanie. Szybki w lekturze? Jak najbardziej.
I czasem dokładnie tego od książki oczekuję.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz