niedziela, 6 września 2026

Facebook miał łączyć ludzi. Fincher pokazał coś innego

W ten weekend obejrzałem dwa filmy Davida Finchera. Najpierw ponownie „Podziemny krąg”, a później „The Social Network” (USA 2010). Dwa zupełnie różne światy, dwa filmy nakręcone w odstępie ponad dekady, ale oba przypominające, dlaczego Fincher przez lata był jednym z moich ulubionych reżyserów.

I o ile „Podziemny krąg” jest filmem o buncie, frustracji i potrzebie wyrwania się ze świata, który człowieka przytłacza, o tyle „The Social Network” opowiada o stworzeniu narzędzia, które miało ludzi łączyć, a z czasem zaczęło zmieniać sposób, w jaki funkcjonuje cały świat To naprawdę bardzo dobry film.

Co ciekawe, kiedy „The Social Network” wchodził do kin w 2010 roku, Facebook był przede wszystkim fascynującym fenomenem. Miejscem, gdzie można było znaleźć znajomych ze szkoły, obejrzeć zdjęcia z wakacji i sprawdzić, co słychać u ludzi, których dawno się nie widziało. Nikt jeszcze chyba nie przypuszczał, że kilkanaście lat później Facebook będzie kojarzył się również z manipulacją informacją, dezinformacją, politycznymi kampaniami, problemami z prywatnością czy aferą Cambridge Analytica.

Dzisiaj „The Social Network” ogląda się więc trochę inaczej. Nie jako historię o narodzinach genialnego startupu, ale niemal jak opowieść o stworzeniu czegoś, nad czym jego twórcy bardzo szybko przestali mieć pełną kontrolę.

Film Davida Finchera powstał na podstawie książki Bena Mezricha „The Accidental Billionaires”, a scenariusz napisał Aaron Sorkin. I to właśnie nazwisko Sorkina warto zapamiętać, bo jego dialogi są jednym z największych atutów filmu. Bohaterowie mówią szybko, inteligentnie, złośliwie i często tak, jakby każde zdanie było pojedynkiem. Nie ma tu wielu spektakularnych scen akcji, pościgów czy efektów specjalnych. A jednak „The Social Network” potrafi trzymać w napięciu historią o pisaniu kodu, sporach o udziały w firmie i rozmowach prowadzonych w salach konferencyjnych. To samo w sobie jest pewnym osiągnięciem.

W centrum historii znajduje się Mark Zuckerberg, student Harvardu, który po nieudanym spotkaniu z dziewczyną wraca do akademika i zaczyna tworzyć stronę internetową. Z czasem z niewielkiego projektu powstaje Facebook – serwis, który w ciągu kilku lat zmieni sposób, w jaki komunikują się miliardy ludzi. Ale Fincherowi nie chodzi wyłącznie o historię sukcesu. To przede wszystkim opowieść o przyjaźni, ambicji, zdradzie i pieniądzach. Zuckerberg tworzy coś, co ma połączyć ludzi, jednocześnie sam wydając się człowiekiem, który ma ogromny problem z budowaniem normalnych relacji.

Jesse Eisenberg stworzył tu jedną ze swoich najlepszych ról. Jego Zuckerberg jest błyskotliwy, arogancki, nieprzyjemny i jednocześnie momentami zaskakująco zagubiony. Trudno go polubić, ale trudno też oderwać od niego wzrok. I chyba właśnie na tym polega siła tej postaci. Eisenberg nie próbuje zrobić z Zuckerberga potwora. Nie robi też z niego geniusza niezrozumianego przez świat. Tworzy człowieka pełnego sprzeczności, który potrafi w jednej chwili zachwycić inteligencją, a chwilę później kompletnie nie rozumieć emocji drugiego człowieka.

Świetny jest również Andrew Garfield jako Eduardo Saverin, współzałożyciel Facebooka i przyjaciel Zuckerberga. To właśnie relacja tych dwóch bohaterów jest emocjonalnym centrum filmu. Historia Facebooka okazuje się w gruncie rzeczy historią rozpadu przyjaźni. Garfield wnosi do filmu coś, czego brakuje Zuckerbergowi – emocje. Eduardo wierzy w przyjaźń, lojalność i wspólny projekt. Mark wierzy przede wszystkim w rozwój. I kiedy te dwa światy zaczynają się ze sobą zderzać, wiadomo, że ktoś będzie musiał przegrać.

Justin Timberlake jako Sean Parker również wypada znakomicie. Jego bohater, twórca Napstera, pojawia się w życiu Zuckerberga niczym diabeł podsuwający kolejne pomysły. Parker rozumie świat Doliny Krzemowej, pieniądze i mechanizmy wielkiego biznesu. To właśnie on pomaga przekonać Marka, że Facebook nie powinien być tylko projektem studentów z Harvardu.

Jest jeszcze świetnie wykorzystany Armie Hammer, grający bliźniaków Winklevoss. A właściwie jednego i drugiego, co samo w sobie było ciekawym technicznym przedsięwzięciem. Ich konflikt z Zuckerbergiem dotyczący początków Facebooka stanowi jedną z osi całej opowieści.

Warto jednak pamiętać, że „The Social Network” nie jest dokumentem. To film fabularny, oparty na prawdziwych wydarzeniach, ale świadomie je dramatyzujący. Sam Facebook i Mark Zuckerberg nie uczestniczyli (na szczęście) w jego powstawaniu, a wiele osób związanych z prawdziwą historią kwestionowało sposób przedstawienia wydarzeń. Najbardziej fascynujące jest jednak to, jak bardzo „The Social Network” zyskał z upływem czasu.

Fincher znakomicie to wszystko reżyseruje. Jak zwykle jest chłodno, precyzyjnie i bez zbędnych emocjonalnych ozdobników. Kamera Jeffa Cronenwetha, montaż Angusa Walla i Kirka Baxtera oraz charakterystyczna muzyka Trenta Reznora i Atticusa Rossa tworzą klimat niemal thrillerowy. To kolejny przykład na to, jak świetnie Fincher potrafił współpracować z muzyką.

Po „Podziemnym kręgu” Fincher nakręcił kilka dobrych filmów, ale „The Social Network” przypomina mi szczególnie mocno, za co kiedyś tak bardzo lubiłem jego kino. Za precyzję. Za chłód. Za umiejętność opowiadania o ludziach, którzy nie zawsze są sympatyczni, ale zawsze są fascynujący.

To nie jest może film, który ogląda się dla wielkich emocjonalnych eksplozji. Nie ma tu spektakularnych scen, które później odtwarza się na YouTubie. Jest za to perfekcyjnie skonstruowana opowieść o ambicji, pieniądzach, przyjaźni i samotności.





Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga