Był taki czas, kiedy David Fincher należał do moich ulubionych reżyserów. „Siedem”, „Gra” czy"Obcy 3". Nawet jeśli nie każdy jego film trafiał równie mocno, zawsze było wiadomo, że za kamerą stoi ktoś, kto ma własny styl, obsesje i przede wszystkim coś do powiedzenia. „Podziemny krąg” (Fight Club Niemcy, USA 1999) pozostaje jednak chyba najbardziej bezczelnym, wściekłym i niebezpiecznym filmem w jego dorobku.
Dziś, po ponad ćwierćwieczu od premiery, nadal potrafi uderzyć z siłą pięści. Może nawet mocniej niż wtedy, gdy Tyler Durden był dla wielu widzów wzorem faceta, którym chcieli zostać.
Film powstał na podstawie debiutanckiej powieści Chucka Palahniuka z 1996 roku. Książka była brutalna, nihilistyczna i pełna wściekłości na świat konsumpcji. Fincher i scenarzysta Jim Uhls nie próbowali jej jednak wiernie przepisać na język kina. Wzięli z niej najważniejsze pomysły i stworzyli film, który bardzo szybko zaczął żyć własnym życiem.
Bohater grany przez Edwarda Nortona ma dobrą pracę, wygodne mieszkanie i życie, które z pozoru wygląda całkiem nieźle. Tyle że nie potrafi spać, nic go nie cieszy i coraz bardziej przypomina człowieka funkcjonującego na autopilocie. Paradoksalnie ulgę przynoszą mu dopiero spotkania grup wsparcia dla ciężko chorych ludzi, choć sam nie jest chory. Wszystko zmienia się, gdy poznaje Tylera Durdena.
Brad Pitt stworzył jedną z najbardziej ikonicznych postaci końca XX wieku. Tyler jest wszystkim tym, czym Narrator chciałby być: pewny siebie, wolny, charyzmatyczny i całkowicie nieprzejmujący się zasadami. Razem zakładają klub walki, miejsce, w którym sfrustrowani mężczyźni mogą choć na chwilę wyrwać się z korporacyjnej codzienności.
Jest scena, w której Narrator i Tyler po raz pierwszy okładają się pięściami na parkingu za barem. Za nastolatka widziałem w niej przede wszystkim bunt. Dzisiaj wygląda bardziej jak desperacka próba poczucia czegokolwiek. Jakby bohaterowie byli tak odcięci od własnych emocji, że muszą przypomnieć sobie o swoim istnieniu za pomocą bólu. Ale oczywiście bardzo szybko przestaje chodzić o same bójki.
Klub walki zamienia się w Projekt Chaos i wtedy film wchodzi na znacznie ciekawsze terytorium. Bo bunt Tylera jest niezwykle atrakcyjny. To bunt przeciwko korporacjom, reklamom i światu, w którym ludzie definiują siebie przez rzeczy, które posiadają. Problem w tym, że Tyler kończy dokładnie tam, gdzie mieli skończyć jego przeciwnicy.
Członkowie Projektu Chaos tracą indywidualność, dostają numery, wykonują rozkazy i bez dyskusji podporządkowują się liderowi. Człowiek, który mówi o wolności, tworzy własny system posłuszeństwa. I właśnie ten paradoks fascynuje mnie dziś najbardziej. Fincher pokazuje, jak łatwo walka z jednym dogmatem może skończyć się przyjęciem kolejnego. „Podziemny krąg” nie jest więc filmem o rewolucji. Przynajmniej nie tylko. Bardziej interesują go ludzie próbujący zapełnić pustkę czymkolwiek: pracą, zakupami, ideologią albo charyzmatycznym przywódcą.
Edward Norton jest w tym filmie fantastyczny. Jego Narrator wydaje się niemal niewidzialny, ale pod powierzchnią nieustannie buzują frustracja, złość i zagubienie. Brad Pitt z kolei sprawia, że Tyler jest jednocześnie fascynujący i niepokojący. Łatwo zrozumieć, dlaczego wszyscy chcą za nim podążać. Trudniej zauważyć moment, w którym przestaje być wyzwolicielem, a zaczyna być kimś znacznie groźniejszym.
Świetna jest również Helena Bonham Carter jako Marla Singer. W świecie napompowanym testosteronem i męskimi fantazjami o wolności działa jak granat wrzucony do pokoju. Za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie, burzy porządek, który bohaterowie próbują sobie zbudować.
Technicznie „Podziemny krąg” pozostaje popisem dawnego Finchera. Brudne wnętrza, zielonkawa kolorystyka, agresywny montaż, narracja z offu i te wszystkie drobne sztuczki wizualne sprawiają, że film przypomina koszmar człowieka, który za długo siedział w klimatyzowanym biurze i nagle odkrył, że nie bardzo wie, po co żyje. Najbardziej fascynuje mnie jednak coś innego. Jak bardzo ten film został źle zrozumiany.
Tyler Durden stał się dla wielu widzów idolem. Cytaty z filmu zaczęły żyć własnym życiem. Trafiły na plakaty, koszulki, memy i motywacyjne grafiki. System, z którym Tyler chciał walczyć, bez najmniejszego problemu zamienił go w kolejny produkt. Trudno o bardziej ironiczną puentę. Bo Tyler Durden nie jest bohaterem do naśladowania. Jest ostrzeżeniem. Fantazją o wolności, która bardzo szybko zmienia się w nową formę zniewolenia. I chyba dlatego „Podziemny krąg” nadal działa.
Nie chodzi o bójki. Nie chodzi nawet o słynny zwrot akcji. Problemy bohaterów po prostu nigdzie nie zniknęły. Samotność, poczucie bezsensu, potrzeba przynależności czy poszukiwanie prostych odpowiedzi na skomplikowane pytania są dziś równie aktualne jak w 1999 roku. Kiedyś „Podziemny krąg” wydawał mi się przede wszystkim filmem o buncie. Dzisiaj widzę w nim raczej opowieść o tym, jak łatwo bunt może zamienić się w fanatyzm. I właśnie dlatego nadal uważam go za jeden z najlepszych filmów Davida Finchera.
Osobnego akapitu wymaga muzyka, bo bez niej „Podziemny krąg” nie byłby tym samym filmem. Elektroniczną, poszatkowaną i nerwową ścieżkę dźwiękową stworzył duet The Dust Brothers, idealnie dopasowując ją do świata, w którym wszystko jest trochę rozregulowane. Te beaty, sample i industrialne dźwięki nie tyle ilustrują akcję, ile siedzą bohaterowi w głowie razem z bezsennością, frustracją i narastającym chaosem. A potem przychodzi finał i „Where Is My Mind?” Pixies. Trudno dziś wyobrazić sobie lepsze muzyczne zakończenie filmu: dwójka ludzi trzyma się za ręce, wokół wali się świat, a w tle rozbrzmiewa pytanie „Gdzie jest mój umysł?”. To jeden z tych przypadków, kiedy wykorzystanie konkretnego utworu w konkretnej scenie było tak perfekcyjne, że film na zawsze przykleił go do swojej historii.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz