Są filmy, które odbiera się zupełnie inaczej po latach. Nie dlatego, że się zmieniają, ale dlatego, że zmienia się widz. Tak właśnie było u mnie z „Omenem II” (Damien: Omen II USA 1978). Kiedy oglądałem ten film po raz pierwszy, wydawał mi się wyraźnie słabszy od znakomitego „Omenu” Richarda Donnera. Był mniej efektowny, wolniejszy i pozbawiony tego samego poczucia nieustannego zagrożenia. Pamiętałem go jako poprawną kontynuację, ale nic więcej.
Przy ponownym seansie odkryłem jednak film, który zaskoczył mnie bardziej, niż się spodziewałem.
„Omen II” z 1978 roku, wyreżyserowany przez Dona Taylora i Mike'a Hodgesa, nie próbuje kopiować pierwszej części. Zamiast kolejny raz opowiadać historię ludzi odkrywających prawdę o Antychryście, skupia się na samym Damienie.
Damien Thorn ma już trzynaście lat. Uczy się w szkole wojskowej, dorasta i coraz częściej zauważa, że różni się od rówieśników. W jego życiu zaczynają pojawiać się osoby, które pomagają mu odkryć prawdę o własnym pochodzeniu. I właśnie ten proces stanowi najciekawszy element całego filmu.
W pierwszym „Omenie” obserwowaliśmy rodziców stopniowo uświadamiających sobie, kim jest ich syn. Tutaj punkt ciężkości został przesunięty. Tym razem śledzimy historię chłopca, który sam poznaje swoją naturę. To prosty, ale bardzo dobry pomysł.
Jonathan Scott-Taylor poradził sobie z główną rolą naprawdę dobrze. Jego Damien nie jest jeszcze bezwzględnym wcieleniem zła. Widać w nim zagubienie, bunt i ciekawość. Dzięki temu postać wydaje się bardziej ludzka, a przez to ciekawsza. Dopiero z czasem zaczyna akceptować swoje przeznaczenie i odkrywać, jaką władzę posiada.
Przyznam, że właśnie na ten aspekt zwróciłem uwagę najbardziej podczas ponownego oglądania. Gdy byłem młodszy, interesowały mnie głównie sceny grozy i kolejne zgony bohaterów. Dziś znacznie bardziej angażował mnie sam Damien i jego przemiana.
Film zaciekawia również cierpliwością w budowaniu napięcia. Współczesne horrory często próbują przyciągnąć uwagę widza szybkim tempem, nagłymi zwrotami akcji i głośnymi straszakami. „Omen II” działa inaczej. Rozwija historię spokojnie i pozwala atmosferze narastać stopniowo.
Oczywiście nie oznacza to, że zabrakło charakterystycznych dla serii efektownych śmierci. Wręcz przeciwnie. Kilka scen do dziś robi wrażenie swoją pomysłowością i brutalnością. Najbardziej pamiętana pozostaje oczywiście śmierć pod kołami ciężarówki, ale film ma więcej momentów, które na długo zapadają w pamięć fanom horroru. Nie są one jednak najważniejsze.
Patrząc szerzej, „Omen II” bardzo dobrze wpisuje się w całą historię opowiedzianą przez klasyczną trylogię. Pierwszy film przedstawiał narodziny i dzieciństwo Damiena. Drugi pokazuje moment odkrywania własnej tożsamości. Trzeci, z Samem Neillem w roli głównej, prowadzi tę historię dalej, ukazując dorosłego Antychrysta działającego w świecie polityki i wielkiej władzy. To sprawia, że druga część pełni bardzo ważną rolę. Jest pomostem między dzieckiem z pierwszego filmu a człowiekiem, którym Damien stanie się później.
Późniejsze odsłony serii miały różny poziom, podobnie jak remake z 2006 roku czy niedawny „Omen: Początek”. Mimo to samo uniwersum pozostaje fascynujące. Tematy przeznaczenia, religijnych przepowiedni i nieuchronnie nadchodzącego zła nadal działają na wyobraźnię kolejnych pokoleń widzów.
Podsumowując - czasem warto wracać do filmów, które kiedyś nas rozczarowały. Nie po to, żeby udowodnić sobie, że byliśmy w błędzie. Tylko po to, żeby sprawdzić, czy po latach nie zobaczymy w nich czegoś, co wcześniej nam umknęło.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz