Są takie komiksy, które po prostu dobrze się czyta. Są też takie, które zostają w głowie na długo. „Wieczna wojna” Joe Haldemana i Marvano (Egmont Polska 2009) zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. Kolejny świetny komiks, który polecił mi mój kumpel Tomek.
To naprawdę świetna, mocna i bardzo antywojenna opowieść. I chyba właśnie to zrobiło na mnie największe wrażenie. Bo pod efektowną historią science fiction kryje się coś znacznie ważniejszego – opowieść o bezsensie wojny, manipulowaniu ludźmi, posłuszeństwie wobec rozkazów i świecie, w którym kolejne pokolenia wysyła się na front, często nawet nie próbując odpowiedzieć na pytanie: po co?
„Wieczna wojna” jest adaptacją powieści Haldemana z 1974 roku (, który wykorzystał własne doświadczenia z wojny w Wietnamie. Dzięki temu ta historia, mimo całej fantastycznonaukowej otoczki, jest zaskakująco prawdziwa. Kosmos, futurystyczna technologia i wojna z obcą cywilizacją są właściwie tylko scenografią. W centrum pozostaje człowiek i jego próba odnalezienia się w świecie, który kompletnie zwariował.
A do tego dochodzi znakomita warstwa graficzna Marvano. Komiks ma swój charakter, klimat i świetnie buduje poczucie wyobcowania. Jest tu dużo przestrzeni, chłodu i samotności, ale jednocześnie wszystko służy historii.
Czytałem „Wieczną wojnę” podczas pobytu w Nowym Jorku. I może dlatego zrobiła na mnie jeszcze większe wrażenie. Czytanie tak mocno antywojennej historii w jednym z najbardziej symbolicznych miast świata, pośród tłumów, wieżowców i tego całego nowojorskiego pędu, było doświadczeniem, które dodatkowo podbiło jej wymowę. Jeszcze bardziej poruszała wizyta w muzeum zamachów z 11 września.
Nie jest to więc dla mnie tylko bardzo dobry komiks science fiction. To przede wszystkim świetna opowieść antywojenna, która mimo upływu lat wcale się nie zestarzała.
A może właśnie dlatego, że wojna – niestety – wciąż się nie zestarzała.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz