środa, 16 września 2026

„eXistenZ” – kiedy gra zaczyna kontrolować gracza

Są takie filmy, które po latach ogląda się przede wszystkim z sentymentu. I są też takie, które po latach okazują się jeszcze lepsze niż wtedy, kiedy powstały. „eXistenZ” Davida Cronenberga (Francja, Kanada, Wielka Brytania 1999) zdecydowanie zaliczam do tej drugiej kategorii. Obejrzany w Kinotece po raz kolejny zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. A nawet chyba większe niż kiedyś.

Cronenberg w 1999 roku zrobił film, który dzisiaj, w czasach wirtualnej rzeczywistości, gier coraz mocniej wchodzących w nasze życie i nieustannego pytania, co właściwie jest prawdziwe, brzmi zaskakująco aktualnie. eXistenZ” opowiada o Allegrze Geller, genialnej projektantce gier, która podczas prezentacji swojej najnowszej produkcji zostaje zaatakowana przez zamachowca. Ucieka razem z Tedem Pikulem, pracownikiem firmy, który z czasem staje się jej ochroniarzem. Problem w tym, że uszkodzona zostaje także konsola zawierająca jedyną kopię gry. I od tego momentu zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki.

Allegra i Ted wchodzą do świata gry, a Cronenberg zaczyna robić to, co potrafi najlepiej – mieszać rzeczywistość z koszmarem, obrzydliwość z fascynacją i technologię z ludzkim ciałem. W pewnym momencie przestajemy być pewni, gdzie właściwie jesteśmy. I czy bohaterowie nadal grają, czy może gra zaczęła grać nimi. To zresztą jeden z tych filmów, o których im mniej się zdradzi, tym lepiej.

Bo „eXistenZ” nie jest zwyczajnym science fiction. To również bardzo charakterystyczny dla Cronenberga body horror. Bioporty, organiczne konsole, broń wyglądająca tak, jakby ktoś ją wyjął prosto z laboratorium biologicznego, a nawet sposób, w jaki bohaterowie podłączają się do gry – wszystko jest obrzydliwe. Ale właśnie dlatego działa. Cronenberg nigdy nie potrzebował futurystycznych gadżetów rodem z katalogu technologicznego. Jego przyszłość jest lepka, organiczna i zdecydowanie nieprzyjemna. I bardzo dobrze.

Świetnie wypadają Jennifer Jason Leigh jako Allegra Geller i Jude Law w roli Teda Pikula. Leigh potrafi jednocześnie być fascynująca, irytująca i niepokojąca, a Law jest znakomity jako człowiek wrzucony w sytuację, której kompletnie nie rozumie. Dzisiaj szczególnie ciekawie ogląda się młodego Jude'a Lawa, jeszcze sprzed czasu jego wielkich hollywoodzkich ról.

Ale jest też Willem Dafoe. I wystarczy, że pojawia się na ekranie, żeby od razu zrobiło się ciekawiej. Jego Gas to jedna z tych postaci, które nie potrzebują wielu minut, żeby zostać zapamiętane. Obok nich mamy jeszcze m.in. Iana Holma, Christophera Ecclestona, Sarah Polley i Calluma Keitha Renniego.

Za zdjęcia odpowiada Peter Suschitzky, wieloletni współpracownik Cronenberga, a muzykę napisał Howard Shore. I ten duet robi tutaj naprawdę dobrą robotę. Film nie wygląda jak typowe widowiskowe science fiction z końca lat 90. Jest w nim coś dusznego, trochę brudnego i bardzo niepokojącego. Nawet wtedy, kiedy właściwie nic szczególnego się nie dzieje, człowiek czeka na moment, w którym rzeczywistość znowu zacznie się rozpadać.

Co ciekawe, „eXistenZ” powstał w tym samym czasie, co „Matrix”, i oba filmy bawią się przecież podobnym pytaniem: czy rzeczywistość, którą znamy, jest rzeczywiście rzeczywistością? Cronenberg idzie jednak w zupełnie inną stronę. Nie interesuje go efektowna filozofia ubrana w wielkie widowisko. Bardziej fascynuje go to, co stanie się z człowiekiem, kiedy technologia przestanie być czymś zewnętrznym i zacznie dosłownie wchodzić pod skórę. I właśnie dlatego ten film tak dobrze znosi próbę czasu.

Po seansie w Kinotece pomyślałem sobie, że „eXistenZ” jest jednym z tych filmów, które można oglądać kilka razy i za każdym razem wyłapać coś nowego. Nie wszystko trzeba w nim rozumieć. Ba, chyba nawet nie należy. W tym cały urok. 

I chyba najważniejsze pytanie po seansie nadal pozostaje bez odpowiedzi: czy na pewno już wyszliśmy z gry...?



Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga