niedziela, 9 sierpnia 2026

Spider-Man: Całkiem nowy dzień – recenzja. Lepszy, niż się spodziewałem

Nie ukrywam – na „Spider-Mana: Całkiem nowy dzień” (Spider-Man: Brand New Day USA 2026) szedłem bez wielkich oczekiwań. Po kolejnych filmach, serialach, spin-offach i całym tym pajęczym multiwersum można już mieć wrażenie, że Marvel wycisnął z człowieka-pająka wszystko, co się dało. A jednak tym razem zostałem całkiem przyjemnie zaskoczony.

Bo „Spider-Man: Całkiem nowy dzień” podobał mi się bardziej, niż się spodziewałem.

To wciąż wielkie widowisko, w którym superbohater musi ratować świat, ludzi i pewnie przy okazji również hollywoodzki budżet. Są efektowne sceny akcji, sporo humoru, komiksowa przesada i wszystko to, czego można oczekiwać po współczesnym Spider-Manie. Ale jest też coś, co w tego typu filmach lubię najbardziej – bohater, z którym można się po prostu dobrze bawić.

Tom Holland po raz kolejny pokazuje, że doskonale pasuje do tej roli. Jego Spider-Man nadal jest bardziej chłopakiem z sąsiedztwa niż wszechpotężnym herosem, choć oczywiście skala problemów, z którymi musi się mierzyć, dawno przestała być sąsiedzka.

Film ma jednak jedną poważną wadę: jest za długi. W pewnym momencie zaczyna się pojawiać znajome pytanie: „Ile jeszcze?”. Nie dlatego, że historia jest nieciekawa, ale dlatego, że część scen można było spokojnie skrócić. Spider-Man nie musi przecież wisieć na ekranie przez wieczność, żebyśmy uwierzyli, że potrafi się wspinać po ścianach.

Mimo tego seans minął mi znacznie przyjemniej, niż zakładałem.

I jest jeszcze jeden powód, dla którego będę ten film wspominał dobrze.

Na seans poszła ze mną moja 12-letnia córka Ala.

I chyba właśnie dlatego „Spider-Man: Całkiem nowy dzień” dostał ode mnie kilka dodatkowych punktów. Kino ma bowiem tę cudowną właściwość, że czasami sam film jest tylko częścią całego doświadczenia. Ważne jest również to, z kim siedzimy obok siebie, kiedy gasną światła.

Dla mnie Spider-Man jest już trochę podróżą w czasie. Dla Ali to nowy bohater jej pokolenia. I bardzo mnie ucieszyło, że mogliśmy tym razem spotkać się gdzieś pośrodku.

Czy to najlepszy Spider-Man, jakiego widziałem? Nie.

Czy jest za długi? Zdecydowanie.

Czy bawiłem się lepiej, niż przypuszczałem? Zdecydowanie tak.

A przede wszystkim – dobrze było po prostu pójść z córką do kina na wielkiego, komiksowego Spider-Mana. Czasami to wystarczy, żeby seans miał sens.



Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga