Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarnie żniwo czyli pokusa statuetkowego szlaku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sarnie żniwo czyli pokusa statuetkowego szlaku. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 czerwca 2026

Najlepsze z najgorszych: film, przy którym sala ryczała ze śmiechu

Są takie seanse, po których człowiek wychodzi z kina nie tyle z opinią, co z lekkim zwątpieniem w to, jak to możliwe, że coś takiego istniało poza jego radarami. I dokładnie tak było w przypadku „Sarnie żniwo, czyli pokusa statuetkowego szlaku” (Polska 2006).

Zacznę od rzeczy najprostszej, ale dziś już rzadkiej: zdumienia. Bo trudno uwierzyć, że ten tytuł, i – co równie ważne – nazwisko reżysera - Bartosz Walaszek, przez lata całkowicie mi umykały. A jeszcze trudniej uwierzyć, że w Kinotece bilety na kolejne pokazy schodziły jak świeże bułki z dobrego pieca. To nie był seans „z ciekawości”. To był seans „trzeba to zobaczyć, bo zaraz nie będzie miejsc”.

I rzeczywiście – publiczność przyszła jak na wydarzenie. A wyszła… jeszcze bardziej rozgrzana.

To jest kino, które idealnie mieści się w cyklu „Najlepsze z najgorszych”. Tego rodzaju produkcje żyją własnym życiem: balansują gdzieś między niezamierzonym absurdem, przesadą, dziwnością konstrukcji narracyjnej i momentami, które w normalnym filmie byłyby błędem, a tutaj stają się paliwem napędowym całego widowiska.

Najmocniejszy element? Reakcja sali. Ludzie nie tylko się śmiali – oni ryczeli. Były brawa w trakcie seansu, były okrzyki, były momenty, w których ktoś głośno dopowiadał dialogi, jakby film i widownia prowadzili równoległy, improwizowany spektakl. A finał? Klaskanie na stojąco. Rzadko widzi się coś takiego poza premierami dużych hitów albo wydarzeniami festiwalowymi.

Ogromną rolę w tym wszystkim odegrało wprowadzenie Moniki Stolat – tradycyjnie dobre, rzeczowe, ustawiające kontekst. I trzeba to powiedzieć wprost: ono działa tu jak zapalnik. Ustawia widza na odpowiedni tor odbioru – nie „czy to jest dobre kino?”, tylko „jak bardzo to nas dziś zaskoczy”.

„Sarnie żniwo…” to film, który nie daje się oglądać biernie. Albo wchodzisz w ten dziwny rytm, albo zostajesz na zewnątrz i patrzysz z rosnącym zdumieniem, jak sala bawi się lepiej, niż powinna.

I może właśnie w tym tkwi jego siła. Nie w perfekcji. Nie w rzemiośle. Tylko w tym, że potrafi zamienić seans w zbiorowe doświadczenie – trochę jak dawne, dobre kino środowe, gdzie publiczność żyła razem z ekranem, a nie obok niego.

Czy to jest „dobry film”? To pytanie tutaj nie ma większego sensu. Lepsze brzmi: czy takie seanse jeszcze się zdarzają? Bo jeśli tak – warto je łapać, zanim znikną.



Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga