wtorek, 24 lutego 2026

Smętarz dla zwierzaków 2 – kiedy horror pachniał kasetą wideo

Są takie horrory, do których wraca się trochę jak do starych kaset VHS – z lekkim szumem, niedoskonałością obrazu, ale i z tym ciepłym poczuciem, że kino kiedyś miało inny zapach. "Smętarz dla zwierzaków 2" (Pet Sematary II USA 1992) właśnie taki jest. Niby sequel, niby produkt swoich czasów, a jednak – ma w sobie coś, co sprawia, że działa. Może to kwestia młodości, może klimatu przełomu lat 80. i 90., a może po prostu tego, że opowieści Stephen King zawsze dobrze czują się w takich realiach.

To historia Jeffa (Edward Furlong), który po śmierci matki przeprowadza się z ojcem do małego miasteczka. Tam poznaje Drew i szybko trafia na miejsce, które – jak to u Kinga – lepiej byłoby zostawić w spokoju. Tytułowy "smętarz" znów okazuje się furtką do czegoś znacznie gorszego niż śmierć. I jak to zwykle bywa: ktoś spróbuje tę furtkę uchylić.

Fabuła nie odkrywa Ameryki na nowo – to raczej wariacja na temat znany z pierwszej części. Ale działa, bo stawia na prostą, czytelną konstrukcję: strata, tęsknota, pokusa odwrócenia losu i konsekwencje, które przychodzą szybciej, niż bohaterowie są gotowi je unieść. Jest w tym pewna szczerość – bez udawania wielkiej filozofii, za to z wyczuciem pulpy i grozy.

Największą siłą filmu jest jednak klimat. Małe miasteczko, las, cmentarz, nocne światło – wszystko to pachnie starym kinem grozy, gdzie ważniejsza była atmosfera niż komputerowe fajerwerki. I nawet jeśli dziś momentami widać budżetowe ograniczenia, to one działają raczej na korzyść. Bo dzięki nim film nie udaje czegoś, czym nie jest.

Na drugim biegunie mamy postać Gusa – i tu wchodzi cały na biało (albo raczej na czarno) Clancy Brown. Jego kreacja to czyste, niepokojące szaleństwo. Brown gra tak, jakby wiedział, że to nie jest kino do półśrodków – jego bohater jest przerysowany, brutalny, momentami wręcz groteskowy, ale przez to zapada w pamięć. To właśnie takie role budują charakter filmu.

Za kamerą stanęła Mary Lambert, która odpowiadała także za pierwszą część. I choć "dwójka" jest bardziej rozrywkowa, mniej surowa, to wciąż czuć rękę kogoś, kto rozumie, że horror powinien mieć rytm – moment ciszy, napięcia i nagłego uderzenia.

Muzyka Christophera Younga robi swoje – dyskretnie podkręca atmosferę, nie wychodząc na pierwszy plan, ale też nie pozwalając zapomnieć, że to historia o czymś, co nie powinno było wrócić.

Wracam do "Smętarza dla zwierzaków 2" jak do starego znajomego. Może nie jest idealny. Może momentami zgrzyta. Ale ma to coś, co dziś w horrorach bywa rzadkością – autentyczność epoki i bezczelną, szczerość w straszeniu.

I to wystarcza.


 

Brak komentarzy:

Szukaj na tym blogu

Archiwum bloga