Są seriale, które ogląda się dla fabuły. Są też takie, które ogląda się dla wspomnień. „Samochodzik i Templariusze” (Polska 1971) należy do tej drugiej kategorii. Dla wielu widzów to nie tylko ekranizacja powieści Zbigniewa Nienackiego, ale także bilet do czasów, gdy wakacyjna przygoda zaczynała się od otwarcia książki, a nie aplikacji w telefonie.
Wracając do serialu Huberta Drapelli po ponad pięćdziesięciu latach, można mieć obawy. Tempo będzie zbyt wolne? Dialogi zbyt teatralne? Zdjęcia zbyt archaiczne? Tymczasem okazuje się, że większość tych elementów działa dziś bardziej na korzyść produkcji niż przeciwko niej.
