Trzeci sezon „Gry o tron” (Game of Thrones USA, Wielka Brytania 2013) mam już za sobą. I chyba właśnie teraz zaczyna się mój problem z tym serialem. Bo trudno powiedzieć, że jest źle. Jest całkiem dobrze. Świat przedstawiony nadal robi wrażenie, intryg nie brakuje, bohaterów jest tylu, że czasami człowiek musi sobie przypomnieć, kto właściwie jest czyim bratem, ojcem, wujem albo wrogiem. A wszystko jest oczywiście znacznie bardziej skomplikowane, bo w Westeros rodzinne więzi mają dość osobliwy charakter.
Są świetne momenty, są zaskoczenia, są brutalne sceny i jest charakterystyczny dla „Gry o tron” brak gwarancji, że bohater, któremu zaczęliśmy kibicować, dotrwa do końca sezonu. To akurat zawsze działa. Tyle że… oglądałem trzeci sezon bez większych emocji. I to jest chyba najważniejsze. Nie miałem tego uczucia, że muszę włączyć kolejny odcinek, bo koniecznie chcę wiedzieć, co wydarzy się dalej.


